sobota, 20 czerwca 2015

15. Obawy

Cześć kochani,
Wracam z nowym odcinkiem po tej jakże długiej, dwutygodniowej przerwie. Przepraszam, że musieliście tyle czekać na ciąg dalszy, ale czasami sprawy tak się ukłądają, że na nic innego czasu nie ma, są rzeczy ważne i ważniejsze :)
Od tej pory nowe odcinki będą pojawiać się co piątek, póki co niestety tylko raz w tygodniu.
Przed Wami ciąg dalszy, miłego czytania:)
Rishi
PS: Zapraszam do oddania głosu w ankiecie po prawej stronie bloga.

♥♥♥♥♥  


-Psychiatra.
Zamurowało mnie. Po prostu zamarłem, nie umiałem wydobyć z siebie żadnego dźwięku, nie mówiąc już o słowach lub jakimś zdaniu.
Tom pstryknął mi palcami przed twarzą, początkowo nie zareagowałem.   
-Jak to psychiatra?
-Tak to.
-Co w ogóle chce to babsko? –spytałem, przewracając ze zniechęcenia oczami.
-Cicho –uciszył mnie, przykładając palec do ust. –Przecież jeszcze się nie rozłączyłem.
-To co robimy? –spytałem, tym razem o wiele ciszej.
-Masz, powiedz jej coś –rzucił i wepchnął mi na siłę słuchawkę do ręki. Spojrzałem na niego morderczym spojrzeniem, a Tom wzruszył ramionami, jakby to nie był jego problem. –Spław ją jakoś.
Ta, spławić. Łatwo powiedzieć.
-Halo? –odebrałem niepewnie. Miałem tylko nadzieję, że kobieta nie słyszała naszej krótkiej wymiany zdań.
-Bill? Jak się czujesz? –ze słuchawki wydobył się łagodny głos pani psychiatry. Tej, do której chodziłem zanim przeszła na urlop zdrowotny.
-Jak się czuję..? –powtórzyłem.  –Chyba dobrze- Tom patrzył ciągle na mnie. Słysząc moją odpowiedź, pokazał kciuk w górę. Odpowiedziałem tym samym gestem.
-To się cieszę. Ale nie w tej sprawie dzwonię. Chciałam cię poinformować, że od przyszłego tygodnia znów jestem w pracy i możemy kontynuować nasze spotkania. Jak się spisywała moja zastępczyni? Bo przydzielili ci kogoś, prawda?
Ups. Kompletnie zapomniałem o wizytach. Sam w sumie nie wiem, ile przepadło, ale kompletnie wyleciało mi to z pamięci. Ostatnimi czasy miałem dużo ważniejsze sprawy na głowie niż jakieś wizyty i gadanie o moich snach. Zaraz, zaraz… Snach? No właśnie, mam je jeszcze w ogóle? Jakoś sobie nie przypominam, bym budził się w nocy. Ciekawe tylko, od czego zależało to, czy je mam? Wydaje mi się, że odkąd zmieniły się nasze relacje z Tomem, przestałem się z nimi męczyć, ale głowy uciąć sobie nie dam.
Przerwałem swoje przemyślenia przypominając sobie, że jestem przecież jeszcze na linii z lekarzem.
-Tak, przydzielili. Wie pani, nie mogę zbytnio rozmawiać… -zacząłem szukać wzrokiem Toma, ale zniknął gdzieś poza mój zasięg widzenia.
-Rozumiem. Czyli widzimy się w środę.
-Tak.
-To do zobaczenia w środę, dobranoc, Bill.
-Zaraz, co?
Rozłączyła się.
-Kuuurwa –przekląłem swoją nieuwagę, odłożywszy telefon na swoje miejsce.
-Wszystko w porządku, Bill? –spytał Georg wychylając się zza kanapy, najwyraźniej to słysząc.
-Tak –zacząłem się ponownie rozglądać za bratem, ale nigdzie nie mogłem go wypatrzeć. –Gdzie Tom?
-Poszedł gdzieś. Mówił, że zaraz przyjdzie –odparł szatyn.
-Idę go poszukać –poinformowałem i ruszyłem w stronę schodów z zamiarem poszukania bliźniaka.
Miałem zamiar pierwsze co sprawdzić jego pokój. Im bliżej się do niego zbliżałem, tym bardziej wyraźne trzeszczenia podłogi można było usłyszeć. Wzdrygnąłem się, gdy do moich uszu dobiegł dźwięk tłuczonego szkła. Bardzo przypominało mi to sytuacje, kiedy demolował pół domu przed moją wizytą u psychiatry.
Stanąwszy przed drzwiami jego pokoju, bo miałem już pewność, że tam był, chwilę zastanowiłem się, czy na pewno chcę tam wchodzić. Mimo, że wiązało się to z ryzykiem dostania jakimś przedmiotem w twarz, nawet niechcący, postanowiłem wejść.
Uchyliłem drzwi i próbowałem zlokalizować, gdzie jest Tom, wystawiając tylko głowę.
I pożałowałem. Centralnie obok mnie, bo na drzwiach, którymi się zasłaniałem, niewiadomo skąd nadleciał i roztrzaskał się w drobny mak porcelanowy wazon. Resztka wody, która w nim została wylała się, a kwiaty spadły na podłogę. Dziękowałem w tym momencie Bogu za moją koordynację ruchową, bo gdybym się teraz szybko nie schował za drzwi, możliwe, że coś by mi się stało. Usłyszałem kroki w środku pomieszczenia.
Wystawiłem z powrotem głowę.
-Bill? –rozległ się głos bliźniaka. Był zaskoczony moją obecnością i, jakby to powiedzieć, wystraszony? –Ja… Nic ci nie jest?
-Nie –wyszedłem zza drzwi, podchodząc do stojącego na środku pokoju brata. –A tobie?   
-Wszystko w porządku.
-Nie, nie jest w porządku, z tego co widzę –wskazałem na rozbity wazon, a raczej jego pozostałości w postaci drobnych kawałeczków, chociaż wiem, że na pewno było tego więcej, przecież słyszałem już na korytarzu, że coś rozbija. –Co tu się stało?
Odwrócił głowę.
-Boję się. Po prostu się boję. –Powiedział po chwili, kierując swój wzrok na mnie, a konkretnie na moje oczy.
Nie musiał tego precyzować, zrozumiałem od razu. Nie chciał mnie stracić, ja jego też nie. Przytuliłem się do niego, głaszcząc bliźniaka po ciemnych włosach zaplecionych w warkoczyki.
-Ja też się boję, Tom, ale musimy być silni. Demolowanie pokoju nic nie da. Pojadę tam w środę na ostatnią wizytę i przerwę terapię.  
-Nie mogą mi cię odebrać. Nie mogą! –ścisnął mnie jeszcze bardziej.
-Nikogo nikomu nie odbiorą.
-Chciałbym też tak myśleć. –Odsunął się niespodziewanie. –Ale nie wszystko jest zawsze takie, jakie chcielibyśmy by było.
Nie odpowiedziałem. Chwilę staliśmy w ciszy rozglądając się po pokoju.
-Gus i Geo! –przypomniało mu się nagle.
Jeszcze przez moment patrzyliśmy się na siebie, jakby przetwarzając informację i rzuciliśmy się po chwili w stronę drzwi.
Zeszliśmy na dół.
Georg wraz z Gustavem rozmawiali o czymś, dopijali swoje piwa i zajadali się chipsami. Wydawałoby się, że nawet nie zauważyli naszej nieobecności, po prostu śmiali się w najlepsze.
-Hej! Nie obraziłbym się, gdybyś zostawił mi trochę chipsów! –krzyknął zza moich pleców z uśmiechem Tom i wyprzedził mnie w korytarzu.
Dopadł się do biednej paczki chipsów w rękach basisty i poczęstował się ich wielką garścią, po czym usiadł obok przyjaciela.
-No ej! –jęknął Georg widząc, że w paczce już nic nie zostało.
Dosiadłem się do wszystkich i wywróciłem tylko oczami, bo nawet nie chciało mi się tego komentować. Nalałem sobie jeszcze trochę piwa do szklanki.
-Powinieneś być mi wdzięczny –odezwał się po chwili Tom z pełną buzią i poklepał Georga po brzuchu. –Dbam o twoją formę.
Geo spiorunował Toma wzrokiem, a ten wzruszył ramionami.
-Gdzie was tak w ogóle wcięło? –zmienił temat Gustav, wychylając się tak, by wszystkich widzieć.
-My… rozmawialiśmy –odpowiedziałem, starając się jakoś wybrnąć z sytuacji.
-Trochę głośno –przyznał Gustav. Spojrzeliśmy na siebie z bratem. Jasne, że było to słychać piętro niżej, szczególnie, że pokój Toma znajdował się centralnie nad salonem, gdzie właśnie przebywaliśmy.  
Gus zaczął mi się uważnie przyglądać. Nie miałem zielonego pojęcia, o co może mu chodzić.
-Co się tak gapisz?
-Patrzę, jak mocno oberwałeś, ale nie widzę żadnych blizn ani siniaków…
-Pojebało cię?! Przecież się nie biliśmy –zmarszczyłem brwi.
-Dobra, załóżmy, że wam wierzymy –odezwał się Geo.
Chwilę później wszyscy się zaśmialiśmy. Kiedyś, jak byliśmy ciut młodsi, zdarzyła się raz czy dwa sytuacja, kiedy między mną i Tomem doszło do ostrzejszej wymiany zdań i jeden czy drugi oberwał. Jednak wyrośliśmy z tego, przynajmniej tak mi się wydaje. W ogóle to ciekawe, że podejrzenia Geo i Gusa poszły akurat w tę stronę.
Pogadaliśmy jeszcze jakiś czas, przyjaciele siedzieli u nas bodajże do pierwszej w nocy. Obydwaj byli tacy mądrzy, że nie pomyśleli nawet, jak dotrą do domu. I jeden, i drugi pił, więc trzeba było dzwonić po Sakiego, by odwiózł ich do domów. Bardzo możliwe, że ochroniarz już spał, ale w końcu była to jego praca.

Pożegnaliśmy się z chłopakami i wymęczeni tym dniem poszliśmy do mnie do łóżka. U Toma na podłodze dalej walało się gdzieś potłuczone szkło, więc woleliśmy nie ryzykować, posprząta się jutro. Oboje zasnęliśmy naprawdę bardzo szybko.




piątek, 5 czerwca 2015

14. I od początku

Od razu lepiej, pomyślałem, prostując się i odkładając rulon na bok. W foliowym woreczku było jeszcze trochę narkotyku. Przerażała mnie myśl, że jego zawartość niedługo się skończy, a pewne jest, że tak się prędzej czy później stanie, od tego nie da się uciec. Pytanie brzmi, na ile starczy mi to, co mam teraz? Będę musiał skołować sobie kolejną dawkę. Bałem się teraz o tym myśleć. Mamy razem z Tomem osobne konta do własnego użytku, do których mamy nawzajem dostęp, ale też jedno wspólne z oszczędnościami głównie przeznaczonymi na nasz apartament. Przecież jest niegłupi i domyśli się, że znów biorę, szczególnie, że raz już przez to przechodziliśmy. Póki co wierzy, że od jednej dawki nie zdążyłem się uzależnić, a ja nie chciałbym go znów rozczarować. Co prawda wziąłem na tej imprezie dwie dawki, ale ten szczegół również pominąłem. Widziałem w tym szpitalu, jak przepełnione smutkiem i rozgoryczeniem były jego oczy, gdy dowiedział się o tym, co zaszło.
 Narkotyki to drogie uzależnienie, jednakże stać mnie na to. Ale to nie o pieniądze tu chodzi.  
Wstałem od biurka i postanowiłem zajrzeć do brata. Miałem tylko nadzieję, że nic po mnie nie będzie widać.
Zastałem go paradującego w samych bokserkach, szukał czegoś w szafie, widocznie dopiero się przebierał.
-No, no, no –zagwizdałem. Skrzyżowałem ręce na piersiach i oparłem się o framugę drzwi.
Bliźniak, słysząc mój głos, odwrócił się w moją stronę i poruszył zachęcająco biodrami. Uniosłem jedną brew nie wiedząc, czy to jakaś sugestia. –Która w ogóle godzina?
-Po czternastej. Robimy jakieś śniadanie, czy od razu obiad?
-O tej godzinie nie ma sensu bawić się już w śniadanie. Zróbmy od razu jakiś obiad.
-Racja –zgodził się, zakładając koszulkę i po chwili również spodnie. –W ogóle to dzwonił Geo, wpadną wieczorem razem z Gusem.
Z Gusem? Boję się mu spojrzeć w oczy. Chyba będę musiał go przeprosić za tamto zajście na imprezie. Dziwię się w ogóle, że ma mnie jeszcze ochotę widzieć. A może to Georg go namówił, by pojechał razem z nim?
-Bill? Co tak zastygłeś? Coś nie tak?
-Nie, wszystko okej. To schodzimy na dół robić coś do jedzenia?
-Tak, chodźmy. Kiszki mi już marsza grają i chce mi się kawy.
Zeszliśmy razem po schodach na dół, trzymając się cały czas za ręce. Zachowywaliśmy się jak para, która poznała się wczorajszego dnia, a my znaliśmy się już 20 lat. Znaliśmy się na pamięć przez cały ten czas, dosłownie, praktycznie na wylot. Na wylot znaliśmy się, ale od braterskiej strony. Teraz nasze relacje ciężko dłużej takimi nazwać, bądźmy szczerzy.
Czułem, że odnalazłem sens tej długiej, szarej, do tej pory monotonnej drogi zwanej życiem. Miałem dla kogo walczyć. Miałem dla kogo żyć. 
-Idę zobaczyć, co słychać w lodówce. Zawołam cię, kiedy będę potrzebował pomocy. –Oznajmiłem i pocałowałem brata w policzek.
W kuchni nie byłem jakimś mistrzem. Jeszcze do niedawna moje możliwości manualne w dziedzinie gotowania ograniczały się do zrobienia sobie płatków i podgrzania wody. Nawet jajecznicę potrafiłem spalić. Swego czasu głównie jedliśmy na mieście lub częstowano nas czymś w studiu, zamawialiśmy coś do domu, pałaszowaliśmy gotowe jedzenie z paczek z supermarketów, co było oczywiście niezbyt zdrowe, ale kto by się tym wtedy przejmował? Przejście na wegetarianizm zmusiło nas do rezygnacji z potraw mięsnych, a także rzeczy zawierających chociażby żelatynę, co oznaczało koniec żelków, chyba, że te z wytłuszczonymi napisami na paczkach informujących, że niniejszy produkt jest odpowiedni dla takich ludzi jak my.
Z pomocą przyszła nam Natalie, nasza makijażystka. Kosztowało to ją wiele nerwów i cierpliwości, ale zarówno Tom, jak i ja nie spalamy już jajecznicy. Co więcej, umiemy już zrobić sobie obiad. Może nie jakiś super wypasiony, ale w każdym bądź razie da się go zjeść.
Na dobrą sprawę to nie wiem nawet, dlaczego to ja robię ten obiad. Jeszcze kilka dni temu wygoniłbym Toma do kuchni i zrobił awanturę o to, że w ogóle mi nie pomaga, a jemy przecież we dwóch. Zaledwie kilka dni, a tak wiele rzeczy uległo zmianie, kto by pomyślał.
Otworzywszy lodówkę, szybko przeleciałem wzrokiem po półkach i już miałem wizję posiłku. Zabrałem się więc za obieranie ziemniaków przy blacie kuchennym.
Coś, a raczej ktoś nagle przyległ do moich pleców, oplatając mnie rękoma w pasie i złożył pocałunek na moim karku. Nie miałbym do tego nic, wręcz przeciwnie, ale, do jasnej cholery, nie z zaskoczenia. Aż podskoczyłem zdezorientowany, wydając z siebie wysoki pisk.  
-Kurwa mać, Tom, nie strasz tak człowieka, kiedyś dostanę przez ciebie zawału.
-Przyszedłem wstawić sobie wodę na kawę –poinformował. No tak, mówił przecież, że chciało mu się kawy, a ja zdążyłem już o tym nawet zapomnieć. –No i przy okazji zobaczyć, jak ci idzie.
-Idzie mi całkiem dobrze –odwróciłem się trochę w jego stronę z obieraczką w ręce.
-Na pewno? Może mogę ci jakoś pomóc? –z tymi słowami, chwycił moją rękę, w której trzymałem obieraczkę i obrał ziemniaka ze skórki poruszając moją dłonią. Ciągle przylegał do moich pleców i mogłem czuć, jak delikatnie napiera na moje pośladki. Odgarnął mi kilka farbowanych kosmyków z twarzy.
-Zrób mi też tę kawę –poprosiłem.
Odkleił się ode mnie i poszedł w kierunku czajnika, głaszcząc mnie po drodze po biodrze.
Zdążył mnie już nakręcić na powtórkę z rozrywki z wczorajszego wieczoru.
Tym razem to ja do niego podszedłem i złapałem Toma przez jeansowy materiał za pośladek. Odwrócił się do mnie przodem i poruszył jednoznacznie brwiami.
-Strasznie ciasnawe te spodnie... –skomentował, kierując wzrok na swoje krocze.
-Moje też jakieś takie trochę przyciasne.
-Och, to mamy problem. A w zasadzie, to dwa problemy.
-Co cię tak tam w nich pali, że tak ci ciasno?
-Sam sprawdź –rzucił prowokująco, oblizując subtelnie wargi. Rzuciłem się natychmiast do rozporka Toma i zacząłem go odpinać, klęcząc przed nim na kolanach. –O, tak, to tam… Dobrze szukasz… -pogłaskał mnie po głowie, kiedy dosłownie kilka centymetrów przed moją twarzą ukazał się stojący już na baczność członek brata w pełnej okazałości.
-Och, biedny Tom… Co z tym fantem zrobić? –powiedziałem jakby ze współczuciem, po czym przejechałem końcówką języka po rozpalonej główce jego domagającego się uwagi przyjaciela. Jęki w jego wykonaniu były niezwykle seksowne. Opierał się cały czas o blat kuchenny, ale po mojej pieszczocie musiał złapać się za niego mocniej by nie upaść. Spojrzałem do góry, na brata. On zaś z kolei odchylił głowę do tyłu i poddał się przyjemności.
Pierwszy raz robiłem komukolwiek loda i wątpię, że kiedykolwiek innemu niż Tomowi będę w stanie to zrobić. Wiedziałem mniej więcej jak to się robi, ale wiadomo, patrzeć z góry na kogoś zupełnie obcego, a robić komuś z najprawdziwszego uczucia to nie to samo.
Polizałem jego główkę po raz kolejny, tym razem dużo pewniej, zasysając się na końcu. Poczuł chłód metalowej kuleczki w moim języku, przynajmniej tak mi się wydaje po jego reakcji. Wypiął mocno biodra do przodu tak, że teraz prawie cała jego męskość zniknęła w moich ustach. Brat pogłaskał mnie chwilę po głowie, po czym wplątał w moje włosy swoje palce i zaczął poruszać moją głową tak, by nadać odpowiednie dla siebie tempo. Zatapiałem jego penisa w swoich ustach prawie po same jądra. Coraz pewniej czułem się w tym, co właśnie robiłem, ale na jego słowa otworzyły mi się szerzej oczy.
-Ja… zaraz… do-dojdę –wyjęczał.
Kurwa, i co teraz? Jak mam się zachować? Połykać, nie połykać?
Stwierdziłem, że najbezpieczniej będzie po prostu wyjąć jego penisa z buzi. W końcu nie od razu Rzym zbudowano, prawda?
Jako, że nie byłem jakiś super doświadczony w tych sprawach, nie do końca przewidziałem swój ruch. Tak, jak postanowiłem, wyciągnąłem z ust męskość brata, kiedy jego sperma wystrzeliła mi prosto w… oko.
Tom, widząc to, chwilę powstrzymywał uśmiech, ale po chwili parsknął donośnym śmiechem. Klepnąłem go za to w tyłek.
-Co się ryjesz? –spytałem, próbując jakimś cudem wydobyć nasienie z oka.
-Chodź, wynagrodzę ci to.
Usiadł obok mnie na podłodze. Zbliżył się jeszcze bardziej i włożył rękę w spodnie. Chwilę masował mi członka przez bokserki, wiedział, że to lubiłem i to na mnie działa jak cholera. Oparłem się plecami o szafkę, którą za sobą miałem. Ten to wiedział, jak przyspieszyć mi bicie serca. Dorwał się już do mojego członka i pomógł mi dojść.
-Bill? –odezwał się. –Czujesz to?
Nie wiedziałem na początku, o co mu chodzi. Ale po chwili poczułem, jak w powietrzu unosi się zapach spalenizny.
-Kurwa! Nasz obiad!      


Czekaliśmy właśnie na chłopaków.
Nie mogłem usiedzieć w miejscu. Ciągle chodziłem w tę i z powrotem, irytując w ten sposób oglądającego telewizję brata bliźniaka, oczywiście nie celowo. Taki tik nerwowy. Jedni obgryzają paznokcie, drudzy chodzą po pokoju bez przerwy.
-Posadź gdzieś w końcu tę dupę –wyrwało mu się. –Właśnie, Bill –spoważniał. –Geo i Gus nie mogą się dowiedzieć. No wiesz, o nas. Przynajmniej nie teraz.
Zatrzymałem się na chwilę i spojrzawszy na niego, westchnąłem.
-Wiem –odparłem. –Jak sądzisz, jak by zareagowali?
-Nie wiem, czy chcę wiedzieć.
-Kiedyś trzeba im będzie powiedzieć. Przecież nie damy rady ukrywać tego w nieskończoność.     
Westchnął.
Georg był homofobem i jakoś specjalnie się z tym nie krył. A my, niedość, że byliśmy mężczyznami, to na dodatek jeszcze braćmi. Gustav tolerował związki osób tej samej płci, ale zastanowiłbym się, czy wiadomość, że żyję w kazirodczym związku z moim bratem bliźniakiem ucieszyłaby go. Bo przecież jesteśmy w związku, prawda?
Ogólnie to rzadko kogokolwiek przepraszałem, oprócz Toma rzecz jasna. Nie wiem co się stało, ale teraz czułem gdzieś w środku, że powinienem to zrobić, mimo że nie używałem takich słów wobec nikogo innego. Nie mam w ogóle pojęcia, skąd we mnie ta nagła zmiana. Gus i Geo akceptowali do tej pory mój narcyzm i mimo wszystko byliśmy przyjaciółmi.
Nie wiem jak, ale coś nagle mi się przypomniało, tak z nikąd.
-Tom? –spytałem niepewnie.
-Tak?
-Gdzie byłeś wtedy, zanim trafiłem do szpitala?
Zaniepokoiło mnie to, co w tym momencie zrobił. Spuścił na chwilę głowę, po czym spojrzał mi prosto w oczy.  
Rozległo się donośne pukanie.
Niech to szlag! Potem go jeszcze o to pomęczę.
Patrzyliśmy na siebie chwilę wyczekująco.
-No idź otwórz –ponagliłem brata. Ja nie chciałem pierwszy stawać twarzą w twarz z Gusem. Wywalił oczami i pomaszerował jak za karę w kierunku drzwi.  
Ja w tym czasie poszedłem do kuchni udając, że czegoś tam szukam, ale po chwili wróciłem słysząc głosy chłopaków.
Raz kozie śmierć, raz kozie śmierć, powtarzałem w myślach, idąc korytarzem. Tak właściwie, to co mogło się stać? Najwyżej mi nie wybaczy i tyle.  
-Bill! –krzyknęli prawie że równocześnie Geo razem z Gusem.
Tak, Gustav widocznie też cieszył się z powodu mojego towarzystwa.
-Skoro już tu jest, to chodź, Geo, pójdziemy po jakieś browary –rzucił Tom i zerwał się z kanapy. Szatyn pomaszerował za nim prosto do kuchni. Pomyślałem, że będzie to idealna okazja do szczerej rozmowy z przyjacielem.
-Hej –przysiadłem się obok.
-Hej –odpowiedział.
-Chciałem cię przeprosić –otworzył na te słowa szerzej oczy i poprawił okulary na nosie. –Czuję, że powinienem. Możesz mnie znienawidzić, zrozumiem to.
-Ale ja nie jestem na ciebie zły.
-Nie jesteś? Olałem cię i obietnicę, którą wam złożyłem.
-Dobra, byłem. Ale nie za to, że wziąłeś, co było niemądre z twojej strony, bo wiesz, jak mogło się to skończyć. Byłem zły za to, że złamałeś dane słowo. Obiecałeś, że więcej nie weźmiesz.
-No wiem, wiem. Byłem pijany, nie myślałem trzeźwo. –Nie wiem w sumie, dlaczego zasłaniałem się pijaństwem, bo to tylko i wyłącznie moja wina, że doprowadziłem się wtedy do takiego stanu.
-Ale w każdym bądź razie cieszę się, że nie zdążyłeś się znów uzależnić od tej jednej dawki. Boję się pomyśleć, co by było gdy…
-Kto ma ochotę na piwo? –przerwał nam rozmowę Geo, wracając z kuchni razem z Tomem. Mieli po dwie butelki piwa w rękach.
Gustav też był przekonany, że koka nie chwyciła mnie drugi raz. Jezu. Znienawidziłem to uczucie, kiedy w głębi duszy wiem, że prawda jest inna, ale nie powiem jej, bo szkoda mi rozczarowywać drugą osobę. Teraz przydałby się ten dawny Bill –nie ten, który zmienił się, szalejąc z miłości do swojego brata, ale ten skurwysyn, którego nie obchodzą uczucia innych. Na pewno byłoby mi teraz dużo łatwiej.  
-A lej! –uśmiechnął się Gus.
Ledwo co rozsiedli się na kanapie, zadzwonił telefon.
-No co za –Tom wywrócił już drugi raz dziś oczami, był zmuszony wstać i odebrać. My w tym czasie zaczęliśmy już pić. –Nawet napić się nie dadzą, co za ludzie.
Pomaszerował w kierunku miejsca, gdzie znajdował się nasz telefon stacjonarny i zaczął rozmowę.
-Dobry wieczór. Tak, to ja, a kto mówi? Kto, może pani powtórzyć? Aha. Słucham..? Poczeka pani chwilę?  
Spojrzałem do tyłu, na niego. Miał minę, jakby zobaczył trupa, poważnie. Przykrył dłonią słuchawkę i gestem głowy pokazał, że mam do niego przyjść.
-Zaraz wracam –rzuciłem do chłopaków i poszedłem do Toma. –Co się stało? Dlaczego masz taką minę? Kto to w ogóle był?
Tom milczał. Patrzył na mnie takim zagubionym spojrzeniem, jak chyba nigdy dotąd. Pierwszy raz w życiu widziałem go w takim stanie po czyimś telefonie.

-Psychiatra. 




piątek, 29 maja 2015

13. Niespodzianka

Nie miałem pojęcia w jakim celu, ale zaniósł mnie pod drzwi jego sypialni. Kopnął w drzwi, otwierając je i wniósł mnie do środka. Postawił mnie przed swoim łóżkiem z baldachimem. Spojrzałem na niego pytająco.
-Mówisz, że czujesz do mnie to samo? –spytał, jakby miał do tego jeszcze jakieś wątpliwości.
Rozumiałem jego zachowanie, miał jeszcze wyrzuty sumienia po tamtym razie. Ja w każdym bądź razie byłem coraz bardziej pewny swoich uczuć względem niego. Tylko jak mu wytłumaczyć, że nie musi być już dłużej na siebie zły za tamto?  
-A czy gdybym nie czuł, zrobiłbym tak? –mówiąc to, zbliżyłem się i złączyłem nasze wargi, subtelnie je muskając. –Albo tak? –dotknąłem jego krocza i delikatnie ścisnąłem. –Masz jeszcze wątpliwości?
-Właśnie je rozwiałeś –odparł, na co się uśmiechnąłem.
Chwycił mnie oburącz za twarz i zaczął zachłannie całować. Tak zachłannie, jakby zatęsknił za smakiem moich ust i chciał to teraz nadrobić, widocznie tak było. Czułem zresztą dokładnie to samo.
Rozchylił sprawnie językiem moje wargi i wdarł się do środka. Badał chwilę wnętrze, po czym szybko odszukał mój i nasze języki zaczęły swój taniec. Całowaliśmy się spokojnie, ale bardzo namiętnie zarazem. Pożądanie płynęło w naszych żyłach, powietrze było nasiąknięte czystą namiętnością.  
Tom opadł na łóżko, które znajdowało się tuż za nami, ciągnąc mnie za sobą tak, że upadłem na niego i leżałem teraz na jego ciele. Byliśmy od siebie tak blisko, że prawie musiałem robić zeza, by na niego spojrzeć. Bliźniak położył mi ręce na pośladkach i ścisnął je, na co odpowiedziałem mu cichym jękiem. Włożyłem mu rękę pod koszulkę, błądząc po jego wyrzeźbionym torsie, który tak uwielbiałem. Stwierdziłem, że ubranie mi przeszkadza i zacząłem podwijać jego koszulkę do góry. Brat złapał, o co mi chodzi i pomógł mi się jej z siebie pozbyć. Miałem w tym czasie chwilę na złapanie powietrza. Tom pomógł ściągnąć mi tę cholerną piżamę. Powoli, nasze części garderoby lądowały po kolei na podłodze. Lądowały, lądowały i lądowały…
Zostaliśmy już nadzy. Nasze członki dosłownie rosły z każdą kolejną chwilą w oczach.
-Chcesz się ze mną kochać? –spytał mój brat. Pewnie, że chcę, przecież to oczywista oczywistość. Nie chciał jednak, jak się domyślam, robić niczego wbrew mojej woli.
-Kochać? Tom, żartujesz sobie? Narobiłeś mi takiej ochoty na ciebie i jeszcze się pytasz? –no co, taka ludzka natura. Seks to super sprawa, zgodzi się chyba każdy.   
-Och, przepraszam –wyrecytował, przedrzeźniając głos Josta. Oboje się zaśmialiśmy.
 Podniosłem się. Siedziałem teraz okrakiem na Tomie i czułem jego męskość ocierającą się o moje pośladki. Jeździłem swoim długim, pomalowanym na czarno paznokciem po jego żebrach. Nachyliłem się i zacząłem składać pocałunki na jego szyi, zostawiając mokry ślad i zjeżdżając z nimi coraz niżej. Zatrzymałem się na sutkach i kiedy liznąłem jeden z nich, a następnie pocałowałem, wzdrygnął się. Sięgnąłem dłonią do jego nabrzmiałego penisa, cały czas obserwując jego reakcję. Obaj byliśmy już tak podnieceni, że bardziej się chyba nie dało.
Zszedłem z niego i ukląkłem obok, podpierając się rękami. Ruszyłem zachęcająco biodrami. Tom od razu dorwał się do moich pośladków jak zahipnotyzowany. Ściskał je i masował na zmianę.
-Masz zajebisty tyłek, wiesz?
-Jeszcze lepiej się go posuwa –rzuciłem dość prowokująco.
Tom wstał jeszcze na chwilę i sięgnął do szafki po jakiś lubrykant. Odetchnąłem z ulgą, gdy dojrzałem napis ,,Żel intymny’’. Nie miałem zamiaru znów kleić się po jakimś kremie do rąk.
Usłyszałem, jak wyciska go i ogrzewa w dłoniach. Chwilę potem poczułem, jak sięga kilkoma palcami do mojego wejścia i je nawilża, a następnie wsuwa palce. Moment później we mnie wszedł, że aż jęknąłem, ale na pewno nie z bólu. Teraz nie bolało to tak, jak poprzednim razem. Dzięki Bogu. Zarzuciłem włosami do tyłu. Ruszałem się w przeciwną stronę, niż Tom wypychał biodra.
-Mocniej, Tom, pieprz mnie mocniej –wyjęczałem i aż uśmiechnąłem się na swoje słowa. Przyspieszył. Czułem, że jestem już blisko szczytowania. –O tak, zajebiście… o tak, kurwa, achh, zajebiście!
-Lubisz na pieska, co?
Jedną ręką pobudzał mój członek. Raz przejeżdżał po całej jego długości powolutku, doprawiając mnie o przyjemne dreszcze, a innym razem poruszał dziko, starając się zapewnić mi możliwie jak najwięcej wrażeń. Jego jęki, które słyszałem z tyłu, dodatkowo mnie napędzały, były moim paliwem. Jakby tego było mało, zdawał się trafić w moją prostatę. I znowu. I jeszcze raz. I kolejny. Byłem już naprawdę o krok od orgazmu. Krew mi się dosłownie gotowała w żyłach. Aż w końcu doszedłem w jego dłoni. Tom po chwili też we mnie skończył. Pocałował mnie w plecy i ze mnie wyszedł.   
Opadliśmy zaspokojeni, ale bardzo zmęczeni na łóżko. Czułem się wycieńczony jak po jakimś maratonie. Byłem cały zgrzany, brat zresztą też.
-Boże, Tom. Jesteś… cudowny, wspaniały…  -dukałem, starając się złapać oddech.        
-Nie bez powodu mówią na mnie ,,Bóg seksu’’, no nie? –pochwalił się.   
-Kto mówi?
-Te wszystkie dziewczyny.  
-Jesteś tylko moim Bogiem seksu, rozumiesz? Tylko ja mam prawo tak na ciebie mówić –zastrzegłem. Wszystkie te laski razem wzięte mi przecież nie dorównywały w tych sprawach. Ale ja nie mam cycków. Zaokrąglonych bioder. Pochwy. Można by tak wymieniać bez końca. One zapewniały po prostu to, czego ja mu nigdy nie będę w stanie dać.
-Chyba nie jesteś o nie zazdrosny? –spytał. Oczywiście, że byłem.
-Mogę cię o coś spytać? –odbiegłem od tematu.
-Pewnie, zawsze możesz.
-Zaspokajam cię wystarczająco?
-Skąd to pytanie? –zmarszczył brwi.
-Bo wiesz… Te wszystkie dziewczyny, ich krągłości… A ja jestem tylko chudzielcem z każdą widoczną kością, o które się obijasz przy każdym ruchu. No wiesz, dziewczynę jest za co złapać…
-Bill, przestań. Robiłem to z nimi tylko dla zaspokojenia własnych potrzeb, to dla mnie nic nie znaczyło. Nigdy nawet nie starałem się zapamiętać imienia którejkolwiek z tych lasek, w dupie miałem ich uczucia. Tylko ciebie naprawdę kocham, bez względu na wszystko, uwierz. –Przytulił mnie do siebie czule i pocałował w usta. Wierzyłem, oczywiście, że wierzyłem.
-Też cię kocham, Tom. Bardzo.
Zasnęliśmy tak przytuleni do siebie. Z tym zaśnięciem to w sumie nie jestem do końca pewien, jeśli o Toma chodzi, ale ja w każdym wypadku mogłem się przy nim rozpłynąć i niemalże od razu odleciałem, gdy wtuliłem głowę w jego pierś. W silnych ramionach brata bliźniaka czułem się niesamowicie bezpiecznie. Jezu, jak ja go kocham.


Następnego ranka, obudziłem się w objęciach swojego ukochanego. Od razu dzień zaczyna się pozytywnie, natychmiastowa zmiana nastawienia do wszystkiego.
Podniosłem się delikatnie, starając się nie zbudzić jeszcze śpiącego Toma. Promyki słońca oświetlały jego twarz. Nie mogłem się na niego napatrzeć, wyglądał tak uroczo, kiedy spał. Aż ciężko było mi uwierzyć, że jest mój.
Nie mogąc się powstrzymać ani sekundy dłużej, pogłaskałem go delikatnie po policzku. Tom uśmiechnął się przez sen i, w dalszym ciągu nie otwierając oczu, złapał za moją dłoń i ją pocałował.
-Obudziłem cię? –spytałem rozczarowany.
-Nie obudziłeś, spokojnie. Już nie spałem –zapewnił. Miałem lekkie wątpliwości do prawdziwości tych słów. Może po prostu nie chciał, by zrobiło mi się przykro z myślą, że gdyby nie ja, zapewne dalej by spał.
Nachyliłem się i musnąłem jego ciepłe wargi, na co aż mruknął z przyjemności. Otworzył powoli oczy i pogłaskał mnie po włosach.
-Dobra, ja idę do łazienki, bo zaraz zabiję cię swoim porannym oddechem –poinformowałem i wygramoliłem się z łóżka.
-Mi tam twój wyziew w ogóle nie przeszkadza –odparł Tom, biorąc ręce za głowę.
Zaśmiałem się, będąc już przy drzwiach. Wyszedłem z pokoju brata i chwilę zastanawiałem się nad drogą do łazienki. Przyzwyczaiłem się, że od mojego pokoju jest do niej kilka kroków, a od Toma zdecydowanie więcej. Wpadłem do swojej rezydencji, zabierając z szafy coś świeżego do ubrania i ze swojego pokoju pomaszerowałem już znaną mi drogą do łazienki. 
W łazience rzuciłem się od razu na umywalkę. Doprawdy, nienawidziłem tego smaku w ustach zaraz po przebudzeniu się.
Nagle serce zaczęło mi kołatać, zrobiło mi się gorąco. Potem zimno. Znowu gorąco. Mięśnie zaczęły mi drżeć.     
-Kurwa, nie… Błagam, tylko nie to! –oparłem się plecami o ścianę i zsunąłem się na dół.
Wiedziałem, czego są to objawy. Mój organizm domaga się kolejnej dawki narkotyku. Kurwa, było zostać w tym pieprzonym szpitalu, może by mi coś pomogli. Schowałem twarz w dłoniach, kompletnie nie wiedziałem co mam teraz począć.
Oczy szerzej mi się otworzyły, kiedy przypomniałem sobie o tym, co chowałem przez jakiś czas w komodzie z bielizną. Szybko zerwałem się z podłogi i czym prędzej pobiegłem do swojego pokoju.
W swoim królestwie dorwałem się od razu do komody i w pośpiechu zacząłem szukać tego, co mnie w tym momencie najbardziej interesowało. Wyrzuciłem z szuflady połowę skarpetek, próbując dokopać się jak do skarbu.
-To musi gdzieś tu być! Pamiętam, jak to tu chowałem!
Moje palce natknęły się na coś szeleszczącego. Wyciągnąłem woreczek i chwilę przyglądałem się jego zawartości, czyli białemu proszkowi.

Serce mi krwawiło na myśl, że muszę to zrobić w tajemnicy przed Tomem. Nie chcę go martwić, a tak to się nawet nie dowie. Mimo wszystko, czułem się w tym momencie jak przegrany śmieć i powoli traciłem do siebie resztki szacunku.


poniedziałek, 25 maja 2015

12. Mogę Cię zapewnić

Dźwignąłem się z podłogi i wróciłem do łóżka. Dostałem dziwnych dreszczy. Poprawiłem sobie poduszkę i szybko nakryłem się kołdrą. Lekarz mówił, bym dużo odpoczywał i nie wstawał z łóżka, coś w tym jednak było, ale ja jak zwykle zrobiłem po swojemu i właśnie takie są tego skutki.
Za oknem było już ciemno, więc był już na pewno wieczór, jak nie noc. Głowa mnie bolała i byłem zmęczony. Chcąc zniżyć trochę górną część łóżka, zacząłem wciskać przypadkowe guziki mając nadzieję, że w ten sposób trafię wreszcie na ten odpowiedni. Po kilku wstrząsach, które można nazwać próbami, wreszcie znalazłem ten obsługujący interesującą mnie część łóżka. Położyłem się na wielkiej, mięciutkiej poduszce i zamknąłem oczy. Mimo, że powieki same mi się zamykały i już praktycznie nie kontaktowałem z rzeczywistością, nie mogłem usnąć i kręciłem się, zmieniając co chwilę pozycję. 
Przed oczami ciągle miałem Toma i jego zdziwione spojrzenie, kiedy go pocałowałem. Można powiedzieć, że nasze relacje diamentralnie się teraz zmieniły. Pojęcia nie mam, jak można je teraz zdefiniować, bo odkąd posmakowałem, jak smakują jego usta, braterską więzią nazwać już tego nie można. Jak do mnie przyjedzie, koniecznie muszę z nim pogadać o tym, czego od siebie nawzajem oczekujemy, bo trochę się pomieszało. No właśnie, czego ja od niego oczekuję? Sam nie wiem.
Po jakiejś godzinie udało mi się wreszcie przymknąć na moment oczy i pewnie pospałbym dłużej gdyby nie lekarz, który właśnie wszedł do mojego pokoju i trzasnął drzwiami tak, że się obudziłem. Nie wiem tylko, czy zrobił to celowo, czy stoi za tym chociażby przeciąg. Otworzyłem gwałtownie oczy.
-Już nie śpisz, synu? –spytał, dodając to swoje ,,synu’’ tak, jakby nie domyślił się, że hałas trzaskanych drzwi mógł przerwać mój sen. W sumie, bardziej niż pytaniem, nazwałbym to  stwierdzeniem faktu. Irytował mnie ten człowiek. Nie czekał na odpowiedź, od razu kontynuował. –Świetnie się składa. Niedługo ktoś powinien przyjść i pobrać ci krew. –Powiedział mężczyzna, poprawiając okulary na nosie. - Pamiętaj, by nic nie jeść –trzeba ją pobrać na czczo.
-Dobra. Wie pan może która godzina?
-Dochodzi siódma. –Siódma? I budzą człowieka o takiej barbarzyńskiej godzinie?!
-A kiedy będę mógł wrócić do domu? –dopytałem.
-Wszystko zależy od wyników i twojego stanu zdrowia. Jeśli nie będzie w nich nic niepokojącego –dwa, trzy dni? Mniej-więcej. Nie mogę ci dokładnie powiedzieć. Miejmy w każdym bądź razie nadzieję, że jak najszybciej.
Zamyśliłem się. Dwa, trzy dni? Przecież to prawie wieczność, a znając życie, czas będzie się wtedy niemiłosiernie dłużył.
Lekarz, zanim zniknął za drzwiami, mówił coś jeszcze, ale nie słuchałem i kiwnąłem tylko głową na potwierdzenie jego słów. Ten uśmiechnął się tylko i opuścił pomieszczenie.
Przyłożyłem znów głowę do poduszki. Ledwo zdążyłem przymknąć oczy, a ktoś znowu wszedł i trzasnął drzwiami dokładnie tak samo, jak lekarz przed chwilą i znowu robiąc tyle hałasu, że o przespaniu się jeszcze chociaż chwilę mogłem zapomnieć.
-Kurwa! Nie da się tych drzwi zamykać ciszej?! –zakląłem głośno z przyzwyczajenia, ale chwilę potem przypomniałem sobie, że nie jestem przecież w domu.
-Wybacz, Bill, ale na korytarzu otwarte jest na oścież okno i jest przeciąg –znajoma mi sylwetka zbliżyła się do łóżka i mnie czule objęła.
-Tom! Przyjechałeś tak wcześnie? –zdziwiłem się, że fatygował się i wstawał o tak wczesnej porze, skoro zawsze śpi przynajmniej do południa.
-Chciałem jak najszybciej cię zobaczyć i porozmawiać –usiadł obok mnie na łóżku.  
-Też właśnie chciałem z tobą porozmawiać, ale nie teraz –spuścił wzrok. –Zaraz ktoś przyjdzie pobrać mi krew… Ja już nie mam siły. Tom, zmywamy się stąd –rzuciłem, a właściwie stwierdziłem fakt, bo taki miałem plan, inna opcja nie wchodzi w grę.
-Nie doszedłbyś pewnie do samochodu o własnych siłach –zauważył mój brat. –Poza tym, wyjdziesz w tej piżamie i na samych skarpetkach?  
-Mało mnie to w tym momencie obchodzi, chcę tylko byś mnie stąd zabrał. –Mówiąc to, wstałem z łóżka. Tom patrzył na mnie zdziwiony i odprowadził mnie wzrokiem aż do drzwi. –Idziesz?
-Powinienem być teraz odpowiedzialnym starszym bratem, no ale... –urwał.
Podszedł do mnie i, tak po prostu, wziął mnie na ręce. Musieliśmy wyglądać komicznie, zupełnie jak para nowożeńców. 
-Co ty…  -przecież nie jestem kaleką, sam dałbym sobie radę. –Postaw mnie z powrotem na ziemię. Chcę na ziemię, Tom!
-Tak będzie szybciej.
Trudno było się z nim nie zgodzić. Przestałem z nim walczyć i oparłem głowę o jego tors.
Tom prawie że biegł korytarzem, niosąc mnie na rękach, że się za nim kurzyło. Było pusto, całe szczęście. Uparł się, że po schodach też mnie zniesie i zbiegał nimi w dół, a ja ciągle podskakiwałem.
Gdy byliśmy już przy samochodzie, postawił mnie na ziemię i zaczął szukać kluczyków.
Naprawdę, modliłem się, by nikt mnie nie rozpoznał. Wyglądałem jak siedem i pół nieszczęścia.
W samochodzie postanowiłem, że porozmawiam z Tomem. Im szybciej, tym lepiej, nie ucieknie mi teraz. Kompletnie nie wiedziałem, jak mam zacząć i co powiedzieć.
-Tom? –zacząłem.
-Hm?
-Wiesz, chciałbym porozmawiać O NAS i przedyskutować kilka spraw, bo jest co sobie wyjaśniać i przydałoby się to zrobić.
-Czyli? Co masz na myśli? –uniósł brwi.
-Czego ode mnie oczekujesz? Jak w ogóle możemy nazwać to, co nas teraz łączy?
-Nie rozumiem.
-Jezu, Tom! –nie wiem dlaczego, ale wydaje mi się, że doskonale wiedział, o co mi chodzi. –Ten pocałunek w szpitalu… Podobało ci się, prawda?
Milczał.
-Wiem, że tak –uśmiechnąłem się, a on widział to kątem oka. Miał farta, że prowadził i nie mogłem od niego wymagać, by spojrzał mi w oczy.
Zapatrzyłem się na jego dłonie na kierownicy. Co jak co, ale dłonie to on miał niesamowite, takie męskie. Zawsze mi się podobały, lubiłem patrzeć, jak gra na gitarze. Jak jego długie palce muskały struny gitary. Wyobraziłem sobie właśnie, że błądzą po moim ciele. Dokładnie tak, jak wtedy, gdy uprawialiśmy pierwszy raz seks. Ale tego nie można nazwać naszym pierwszym razem, tylko sposobem na pozbycie się koszmarów.  
-Bill, nie musisz tego robić. –Tak się zamyśliłem, że straciłem wątek naszej rozmowy.
-Czego robić?
-Nie udawaj głupiego. Pocałowałeś mnie wczoraj, by poprawić mi humor widząc, w jakim jestem stanie. Naprawdę, ja zrozumiem, jeśli nie czujesz tego, co ja, nie zmuszę cię przecież do odwzajemnienia uczucia.
-Ale nie musisz mnie do niczego zmuszać, zrobiłem to z własnej woli –sprostowałem. Położyłem dłoń na jego udzie i przejechałem do jego wewnętrznej strony. –Przecież mnie znasz i wiesz, że nie robię niczego, na co nie mam ochoty. Czuję do ciebie to samo –wypaliłem bez zastanowienia, po czym ugryzłem się w język. Czy czułem? Tamten pocałunek był kompletną spontanicznością, sam w sumie nie wiem, co ja sobie wtedy myślałem. Mnie się w każdym bądź razie podobało. Dowodem na to są chociażby motylki w brzuchu, które od tego czasu czuję, gdy widzę mojego brata. Może rzeczywiście się zakochałem? Chyba, że to tylko chwilowe zauroczenie?
Westchnął, nic więcej nie mówiąc. 
Resztę drogi nie odzywaliśmy się do siebie. Wpatrywałem się smętnie w widoki za szybą, jakby było tam coś wartego uwagi. Bliźniak ciągle wyglądał, jakby bił się z myślami i umysłem był gdzieś hen daleko stąd.
Dojechaliśmy już pod nasz dom i, zaraz po zaparkowaniu samochodu, wysiedliśmy obaj z auta.
-Nie jest ci zimno? –spytał troskliwie Tom. No tak, dalej miałem na sobie tę szpitalną piżamę i same skarpetki, które nie były jakieś super ciepłe.
-Trochę, ale dam radę. –Powiedziałem.
Bliźniak zlustrował całą moją sylwetkę przez chwilę wzrokiem, po czym spojrzał w oczy i znów wziął na ręce, a ja zacząłem się desperacko śmiać.
-No co, jeszcze by tylko brakowało, byś się mi tu przeziębił –stwierdził. W sumie racja. Ostatnie, czego bym teraz chciał, to leżeć znów w łóżku. 
Ruszył w kierunku drzwi wejściowych. Tom lekko mną podrzucił, jakbym był jakimś ciastem do pizzy. Czy on chce mnie sprowadzić na zawał?
-Aaaa! –wyrwało mi się, przestraszył mnie tym nagłym ruchem.
-Co krzyczysz? –spytał, śmiejąc się. Droczył się ze mną, to było całkiem słodkie.
-Dość tych wstrząsów –uderzyłem go lekko w głowę. Uśmiech nie schodził mu z twarzy.
Zatrzymaliśmy się przed drzwiami. Nie miałem kluczy, a Tom nie miał jak ich poszukać, bo ani myślał mnie postawić na ziemi.
-Poszukasz? W którejś kieszeni są –poprosił, mając na myśli klucze.
-Jasne –mówiąc to, niby przez przypadek dotknąłem ręką jego krocza, próbując wybadać położenie jednej z kieszeni, po chwili do niej sięgając. Nie sięgałem tam wzrokiem, więc jedynie po kształcie mogłem domyślić się, co to za przedmiot. Wybadałem telefon, paczkę papierosów, ale kluczy brak. Przejeżdżając znów przez krocze i uda, dotarłem do drugiej kieszeni, z której wyciągnąłem po chwili pęk kluczy. Odszukując właściwy, wyciągnąłem rękę by trafić do zamka w drzwiach. Otworzyłem je.
Brat wszedł do środka i, nie puszczając mnie, poszedł ze mną na rękach na górę po schodach.
-Tom, co robisz? Dokąd mnie niesiesz?

-Zaraz zobaczysz –odparł tajemniczo.


wtorek, 19 maja 2015

11. Narkotyk

Otworzyłem powoli powieki, które zdawały się w tej chwili ważyć grubo ponad tonę. Byłem kompletnie zdezorientowany, nie miałem bladego pojęcia gdzie się znajduję ani co się ze mną przez ten bliżej nieokreślony czas działo. W sali nie było ani kalendarza, ani zegara, a o moim telefonie chyba nawet wspominać nie trzeba. Pamiętałem, że byłem na imprezie, ale co działo się potem? To było dla mnie póki co zagadką.
Znajdowałem się w jakimś pomieszczeniu. Białe ściany, staromodna, prosta lampa świeciła i raziła mnie po oczach. Chciałem zasłonić się ręką, ale nie miałem siły. Nie miałem siły, by ją chociażby podnieść czy ruszyć jakąkolwiek inną częścią ciała. Leżałem na wielkim łóżku szpitalnym, obok znajdowały się różne przyciski, które, jak się domyślam, służyły do zmieniania pozycji łóżka, a na sobie miałem szpitalną odzież. Zgięcie ręki w łokciu miałem całe zabandażowane i wbity wenflon –byłem podłączony do kroplówki.
 Powoli zaczęło do mnie docierać coraz więcej bodźców. Rozejrzałem się jeszcze raz po pokoju, moją uwagę przykuły otwarte drzwi balkonowe. A na balkonie stał… Czy ja dobrze widzę? Czy to aby na pewno się dzieje naprawdę? Sam już nie wiedziałem, czy ufać moim oczom. Nie byłem już pewien co jest rzeczywistością, a co nie.
Jednak on naprawdę tam był. Tom stał na balkonie i palił papierosa. Chodził nerwowo w tę i z powrotem, widocznie nie zauważył, że się obudziłem.
-T.. Tom… To ty… -wysyczałem cicho, gdyż tylko na taki dźwięk było mnie obecnie stać. Byłem szoku.
Mój brat to jednak usłyszał. Pośpiesznie zgasił papierosa w popielniczce i wparował do środka pomieszczenia. Podbiegł do mnie.
- Boże, Bill! – krzyknął i przytulił mnie do siebie mocno, starając się ominąć wenflon w zgięciu mojej ręki. 
Spojrzał na mnie. Dotknąłem jego twarzy by sprawdzić, czy to na pewno mi się nie śni. Miał zaszklone oczy. Nie zaprzeczę, bardzo mnie ten widok wzruszył. Nie wiedziałem tylko, czy płakał, czy miał to dopiero zamiar zrobić. Tom ogólnie rzadko płakał. Zdarzyło mu się uronić łzę czy dwie ze szczęścia, ale teraz, ewidentnie miał zaszklone oczy. Przytuliłem się do brata i nie chciałem go puścić jakbym bał się, że to jednak złudzenie i zaraz wyparuje. Z doświadczenia wiem, że oczy bywają czasem zdradliwe.

 -Spokojnie, jeszcze żyję -szeroko się uśmiechnąłem. Odwzajemnił ten gest. Po jego policzku popłynęła srebrzysta łza, pozostawiając po sobie wilgotny ślad, a on mocniej mnie przytulił. Trochę za mocno. –Dusisz mnie.  
-No tak, sorki –odsunął się.
-Byłem na imprezie… ale nie mam pojęcia, co działo się dalej i jak tu wylądowałem. 
-Wiem, Georg wszystko mi powiedział. –Wszystko..? Czyżby już wiedział, jak się tu znalazłem? Czy tylko ja tego nie wiem?!
W tym właśnie momencie, do pokoju wszedł lekarz.
-O, obudziłeś się –stwierdził, jakby to stwierdzenie miało cokolwiek wnieść. Ta, dzięki za informację.  
Mężczyzna podszedł do mojego łóżka. Wdusił jeden z guzików, by postawić mnie bardziej do pionu, po czym wyciągnął z kieszeni jakąś latarkę i zaczął świecić mi nią po oczach.
-Co pan wyprawia?! –oburzyłem się.
-Twoje źrenice nie reagują na światło, w dodatku są bardzo powiększone. Powiedz mi, synu, bierzesz narkotyki? Póki co wszystko wskazuje na przedawkowanie.
W jednej chwili dotarło do mnie wszystko, co wydarzyło się wczorajszej nocy.
-Słucham? Owszem, mój brat miał w przeszłości problemy z używkami, ale wyszedł już z tego nałogu. Już nie bierze tego świństwa, obiecał mi, że już więcej nie weźmie. Prawda, Bill? –wstawił się za mnie Tom.
Z tymi słowami, poczułem się po prostu podle. Czułem się jak wrak człowieka wypruty z jakichkolwiek wartości. Nienawidziłem go rozczarowywać. Zawiodłem go, złamałem daną obietnicę. Spuściłem głowę i nie odzywałem się. Bo niby co miałem powiedzieć? Przecież nie zaprzeczę.
-Bill..? –spytał o wiele mniej pewnym głosem.
-Wziąłem. –Przyznałem się w końcu.
Tom chwilę się na mnie patrzył i potrząsnął z niedowierzenia głową.
-Zostawię was samych. Zajrzę jeszcze później. Odpoczywaj, synu i nie ruszaj się z łóżka. –Rzucił jako ostatnie lekarz i zniknął za drzwiami. Śmieszyło mnie to, że mówił do mnie ,,synu’’, zapewne gdyby nie sytuacja, w której ani trochę nie było mi do żartów, śmiałbym się.
-Ale dlaczego..? –spytał cicho. – Obiecałeś mi! Obiecałeś nam wszystkim, że tego gówna już więcej nie weźmiesz! Znowu mam z tobą po odwykach zapierdalać? Byłeś jedną nogą w grobie! Wiesz, jak się martwiłem, że się już nie obudzisz?!
-Martwiłeś się? Martwiłeś?! M-A-R-T-W-I-Ł-E-Ś?! –przeliterowałem. –Gdybyś, do jasnej cholery, nie wyjeżdżał, nie doszłoby do tego! –uniosłem głos, ale krzykiem w dalszym ciągu trudno było to nazwać.
-Wiesz jak za tobą tęskniłem?!
-A ja to niby nie?! Skoro tak tęskniłeś, to po chuj nagle zniknąłeś, co? DLACZEGO, do kurwy nędzy?! Masz pojęcie, co ja przeżywałem? –zirytowałem się już nie na żarty. –PYTAM SIĘ!      
-Bo chciałem cię chronić!
-Chronić? Dobre sobie, niby przed czym? –nie wiedziałem o co mu chodzi.
Tom zastygł chwilę w bezruchu.
-Przede mną. –Powiedział spokojnie. Otworzyłem ze zdziwienia usta.
-Tom, o czym ty mówisz..?
-Bałem się, że zrobię ci w końcu krzywdę. Bałem się, że któregoś… Któregoś dnia cię… -dukał, jakby nie mógł z siebie tego wydusić.
-Co mi zrobisz?
-Zgwałcę. –Nie dowierzałem w jego słowa, dalej nie miałem pojęcia o czym on mówi.
-Dlaczego miałbyś mnie krzywdzić, a tym bardziej gwałcić?
Usiadł na krześle obok szpitalnego łoża i przetarł dłońmi skronie. Spojrzał mi prosto w oczy.
-Bill, ja już cię skrzywdziłem, jestem potworem. Kiedy się kochaliśmy, byłem brutalny, wiem. Nie byłem w stanie tego powstrzymać, to silniejsze ode mnie. Wyszedłem, bo nie mogłem patrzeć ci dłużej w oczy –mówił. Ja siedziałem tylko i słuchałem, nie wiedząc, czy mam coś ze słuchem, czy może ja dalej śpię i to tylko zły sen. –Latałem po psychologach. Mówili, że mi ta pierdolona miłość do ciebie przejdzie, to bez przyszłości, że mi się tak wydaje, w końcu nie mogę kochać swojego brata inaczej, niż nakazują nam geny. To miało być chwilowe. Pięć lat to chwila? Pięć pieprzonych lat! Potem zacząłeś mieć te sny...
-Kochać brata inaczej, niż nakazują nam geny..? –nie byłem pewien, czy dobrze zrozumiałem.
Czy on właśnie wyznał mi miłość? Miłość-miłość? Inną niż braterską?  
-Wiem, to nie ma sensu. Po prostu zapomnijmy o tym, co powiedziałem –spuścił głowę.
Wstał z krzesła i przymierzał się do wyjścia, idąc w stronę drzwi. –Musisz dużo odpoczywać. Zostawię cię w spokoju.
-Czekaj! –krzyknąłem, gdy zaczął już otwierać drzwi.
Nie wiem jakim cudem, ale wstałem z łóżka i poszedłem, a raczej próbowałem pójść chwiejnym krokiem do Toma, najszybciej jak mogłem. Odzyskałem nagle siły. Nie wiedziałem, co ja w ogóle wyprawiam.  
Zatrzymał się w drzwiach, kiedy byłem już przy nim i uniósł brew.
Złapałem go za koszulkę i chciałem przyciągnąć do siebie, ale on ani drgnął. W dalszym ciągu byłem słaby, trochę żenujące. W każdym bądź razie, przybliżyłem swoją twarz do jego. Przymknąłem oczy i musnąłem go delikatnie w usta. Tom przez chwilę stał w bezruchu jakby zaskoczony, ale po chwili odwzajemnił pocałunek i go pogłębił. Przycisnął mnie swoim pięknym ciałem do drzwi, zamykając je mną. Jedną dłoń miałem na jego policzku, a drugą na wyrzeźbionym torsie, którego mięśnie czułem przez ubranie. Jego usta były takie miękkie, cudownie się je całowało. Chciałem więcej, po prostu nie mogłem się nasycić.
Oderwaliśmy się jednak od siebie powoli. Granice trzeba jakieś zachować, szczególnie na pierwszy raz. Tom oblizał usta i przymknął powieki, ciągle wlepiając we mnie swoje czekoladowe tęczówki. Uśmiechnąłem się i przygryzłem dolną wargę.
Bliźniak odsunął się ode mnie.
-Przyjadę jutro –ni z gruchy ni z pietruchy wyjechał z tematem, jak gdyby nigdy nic.
-To cześć –w moim głosie dalej było słychać ekscytację, nawet ja to czułem.
-Cześć –rzucił jako ostatnie i wyszedł.  
Kiedy drzwi się zamknęły, stanąłem do nich plecami tyłem i zsunąłem się na dół, na podłogę. Nie przeszkadzało mi to, że kafelki były zimne i za chwilę tyłek pewnie mi do nich przymarznie, nie to się teraz liczyło. Kto martwiłby się zimnem po takim zajebistym pocałunku?
-Woow…
Powiedziałem sam do siebie, cały czas oblizując wargę, jakbym znów chciał poczuć na nich smak ciepłych warg brata, a chciałem. 
Brata, no właśnie. Dopiero teraz uświadomiłem sobie, co my tak właściwie zrobiliśmy. My, jako rodzina, jako bracia. Bliźniacy w dodatku. 
Jednak nie miało to teraz dla mnie znaczenia. 
Serce mi kołotało. Mogłem tylko zgadywać, czy to z emocji, czy może przez kokę. Niby zwykły, grzeczny pocałunek, ale wystarczył by mój przyjaciel między nogami domagał się o chwilę uwagi. Zapomniałem, że po kokainie zawsze chce mi się, za przeproszeniem, ruchać. Niedługo pewnie zacznę odczuwać głód i mój organizm będzie się dopominał o kolejną dawkę. Zły byłem na siebie, że to wziąłem i wszystko zacząłem od nowa. Nieważne czyja to była wina, stało się. 
Koka to jedno, Tom to drugie. Zarówno to pierwsze jak i drugie było dla mnie narkotykiem. Tyle, że z taką różnicą, iż mój brat działał na mnie bardziej, niż wszystkie inne używki razem wzięte. Zacząłem sobie to uświadamiać. 
    


czwartek, 14 maja 2015

10. 'Feel It All'

Godzina za dziesięć dziewiętnasta, a ja latałem po domu tam i z powrotem, co chwilę spoglądając nerwowo na zegar. Odnosiłem wrażenie, że połowę czasu marnowałem właśnie na sprawdzanie godziny, ale nie było już czasu na myślenie. Za 10 minut miał przyjechać po mnie Georg, mieliśmy jechać razem na tę imprezę. Pomyślałem, że może rzeczywiście jest to jakiś sposób na pozbycie się zmartwień, bo Tom, tak czy siak, na razie nie wróci. Nie wróci, a niedługo czeka nas trasa koncertowa, w końcu wydaliśmy niedawno płytę. Próbowałem kilka razy dzwonić pod jego numer. Widocznie przewidział, że będę do niego telefonować mimo, że prosił abym tego nie robił i z premedytacją wyłączył telefon. Chciałbym dowiedzieć się chociaż, czy wszystko u niego w porządku i czy się jakoś trzyma, w przeciwieństwie do mnie.
W klubach każdy jest podpity w większym lub mniejszym stopniu, w dodatku nie idę sam, bo będzie tam z nami trochę znajomych, więc o atak natarczywych fanów nie musiałem się martwić. A ja, bynajmniej, nie miałem ochoty na ubieranie się w stare łachy i ukrywanie pod czapkami i okularami, więc tego wieczoru nie oszczędzałem sobie kredki i cieni do powiek. Czerń, jak zawsze, dominowała najbardziej, to w niej czułem się w stu procentach sobą. Szczerze mówiąc, to dredloki zaczęły mnie z lekka nudzić, trzeba pomyśleć nad nową fryzurą, ale teraz, chwilę przed wyjściem, nie na to pora. No właśnie.
Zszedłem na dół by zobaczyć, czy samochód Georga stoi już pod domem, ale było pusto. Wyszedłem mimo to na zewnątrz i czekałem, zdążyłem nawet szybko zapalić. Znajome mi auto podjechało po chwili, zatrzymując się metr ode mnie.
-Wow, chyba pierwszy raz jestem przed tobą, co wygrałem? –zażartował Geo. –Wsiadaj.
-Do jakiego klubu jedziemy? –spytałem, kiedy wsiadałem do samochodu.
-W samym centrum Hamburga. Ale spokojnie, nie musimy martwić się o fanów, w klubie każdy jest…
-Tak, tak, wiem. Chciałem tylko spytać, dokąd mnie zabierasz –przerwałem mu.
-Spoko. Gus i cała reszta będą czekać na miejscu –dodał jeszcze.
Po około 20 minutach drogi, zajechaliśmy na jakiś parking.
-To tu?
-No. Chodź, idziemy –ponaglił i wysiedliśmy.
Aż przypomniały mi się czasy, gdy razem z Tomem imprezowaliśmy w klubach, a później zaciągaliśmy jakieś dziewczyny do pokoi hotelowych, kiedy weszliśmy do środka. Nie wiem, czy ,,zaciągać’’ to odpowiednie słowo, bo one same się pchały, nie musieliśmy ich do niczego namawiać ani robić niczego wbrew czyjejkolwiek woli.
Muzyka głośno grała, pełno ludzi bawiło się i tańczyło . Było sporo kanap ze stolikami, prawie wszystkie pozajmowane. Piękne, skąpo ubrane, tańczące kobiety też były. Wszystko było. Wszystko, czego dusza zapragnie. W kącie całowały się jakieś dwie dziewczyny. Kiedy przechodziliśmy obok, jedna obdarzyła mnie dość prowokacyjnym spojrzeniem. Uśmiechnąłem się i uniosłem brew.
-To teraz musimy znaleźć nasze towarzystwo –podrapałem się po głowie. Nie wiem jak Geo, ale ja nikogo znajomego tu nie widziałem.
-O, tam są! Chodź –zauważył mój towarzysz.
Pociągnął mnie w stronę jednego z wielu stolików. Im bliżej byliśmy, tym wyraźniej mogłem dostrzec Gusa i grupę jakichś ludzi, ale żadna twarz nic mi nie mówiła.
-Georg! Bill! Jak dobrze was tu widzieć –wstała i podeszła do nas jakaś, nie powiem, że nie, bo ładna szatynka i przytuliła się na przywitanie do nas obu. Miała typową słowiańską urodę i chyba rosyjski akcent, więc pewne, że nie była stuprocentową Niemką.  
-Jak tam, chłopaki? –podeszło kilka innych osób i zrobiło to samo.
Dziwnie się trochę czułem, bo nie znałem praktycznie nikogo oprócz Georga, czego nie można powiedzieć o tych ludziach, bo zachowywali się jakby znali mnie od lat. No tak, każdy mnie zna chociażby z telewizji, przypomniałem sobie. Po chwili zauważyłem Gustava, sączącego piwo.
-Hej Gus  –podszedłem i przysiadłem się obok niego. 
-Hej, gdzie Tom?
-Nie pojechał z nami. Opowiem ci kiedy indziej –nie chciało mi się teraz o nim mówić, w końcu przyszedłem tu, by zapomnieć o tym, co się stało.
-Okej –odparł krótko. Widocznie nie chciał w to wnikać, ale to nawet lepiej.
-Ludzie –zabrał głos jakiś chłopak, którego również nie znałem. –Chce ktoś coś do picia? Bo właśnie idę do baru.
-Piwo mi weź –odparłem.
-Mi w sumie możesz też, bo to już dokańczam –dodał Gus.
-Okej, to piwo razy sześć? Zaraz wracam –i udał się w kierunku baru, flirtując po chwili z barmanką. Ja w tym czasie, pogadałem chwilę z kilkoma ludźmi. Denis, bo dowiedziałem się, że właśnie tak miał na imię, wrócił z naszymi napojami. Zaczęliśmy je pić, jedno po drugim, chociaż w sumie sam już nie wiem, ile ich było. Chociaż, to nie tylko piwo piliśmy. Czułem, że z każdą chwilą rozluźniam się coraz bardziej.
Podeszła do nas ta sama, prawdopodobnie Rosjanka, co na początku.
-Bill, poszedłbyś ze mną gdzieś na chwilę? –spytała niby niewinnie, nachylając się tak, że było jej widać wszystko, co miał zakryć dekolt, głęboki zresztą. Mimowolnie wzrok spadł mi właśnie w tamto miejsce. No co, też jestem chłopakiem i też lubię zawiesić oko na cyckach. A walory miała niezłe, nie powiem. Tyłek zresztą też. Pewnie była tego świadoma i nie bez powodu ubrała taką kusą spódniczkę, ledwo zasłaniającą to i tamto.
-Ja-jasne –wypaliłem. Sam już nie wiedziałem, co mówię i nie miałem pojęcia, dlaczego zgodziłem się za nią pójść. Poprowadziła mnie gdzieś przez ciemny korytarz, z dala od tańczącego tłumu i przytuliła się znowu do mnie, szepcząc do ucha.
-Pamiętasz mnie? –zaczęła przyciskać się do mnie tak mocno, że ledwo mogłem złapać oddech.
-Jakoś cię nie kojarzę –poważnie, wydawało mi się, że pierwszy raz na oczy ją widzę.
-Ta pamiętna noc w hotelu… Naprawdę nic nie pamiętasz? To może ci przypomnę… –z tymi słowami, zaczęła się zabierać za odpinanie mi rozporka i podciąganie koszuli do góry. Złapałem ją za nadgarstek i zatrzymałem.
 -To była tylko jednorazowa przygoda i nie licz na nic więcej –sprostowałem i zostawiłem ją tam, odchodząc z zamiarem wrócenia do stołu. Słyszałem, jak coś tam jeszcze mówiła i chyba klęła po rosyjsku, ale żadne słowa już do mnie praktycznie nie docierały.
-Bill, masz rozpięty rozporek –zauważył Denis, kiedy stałem przed stołem. Siedziało już przy nim tylko kilka osób. Kompletnie zdążyłem już zapomnieć o tym, że ktoś mi go przed chwilą rozpiął i nie zdążyłem zapiąć z powrotem.  
-Dzięki.
-Nono, Denis, gdzie ty się patrzysz temu Billowi? –zagwizdał jeden ze znajomych.
-Spieprzaj, zwróciłem mu tylko uwagę. Ej Bill, ty wolisz chłopców?
-Nie jestem gejem –rozwiałem wątpliwości.  
-No, Bill to równy gość. Dziewczynę nie raz i nie dwa za to czy tamto złapał, podobno nie narzekały –odezwał się wreszcie Geo, którego wzrok pobiegł po chwili w głąb klubu. –Wybaczcie, muszę was opuścić –i poszedł w stronę parkietu, na którym kilka dziewczyn eksponowało swoje ciała tańcząc, a zaraz potem do nich dołączył.
-Dobra, zostawiamy to –zakończył temat Denis. –Ludzie, mam towar! -mówiąc to, wyłożył na stół kilka woreczków z białym proszkiem. To była kokaina.
Nie myślałem już trzeźwo, nie martwiłem się tym, że miałem skończyć z narkotykami.
Denis wysypał zawartość woreczków na stół i zaczął formować proszek w kilka podłużnych linii, używając do tego karty kredytowej. Aż zaświeciły mi się oczy. Gustav chyba to zauważył.
-Chyba nie zamierzasz znów ćpać? Miałeś z tym skończyć, pamiętasz? –spytał dość poważnym głosem Gus. -Obiecałeś to nam, obiecałeś to Tomowi!
-Spokojnie, mamo… Jestem już duży… -memlałem językiem. Położyłem mu dłoń na ramieniu i szczerzyłem się nie wiadomo z czego.
-I po co było tyle chlać?! Przecież ty ledwo kontaktujesz! Nie weźmiesz tego, nie wiadomo jak może się to dla ciebie skończyć po tym wszystkim! –wydarł się na mnie i zabrał moją rękę z jego ramienia.
-Nie wezmę? To patrz.
Mówiąc to, zwinąłem 100 euro, które miałem w kieszeni  w rulon, nachyliłem się nad wydzieloną, niemałą działką i zacząłem wciągać narkotyk wzdłuż linii. Wyprostowałem się z zamiarem spojrzenia na Gusa, ale ten gdzieś zniknął. Nie wiem co mi odwaliło, ale zacząłem żałować tego, co zrobiłem, nawet będąc tak spity. Pojęcia nie mam, co chciałem przez to udowodnić. Zresztą, było już za późno, by coś odkręcić.
Po chwili, moje wcześniejsze słowa poszły jakby w niepamięć. Poczułem, jak narkotyk rozchodzi się po całym moim ciele. Odzyskałem nagle humor. Chciało mi się śmiać, nie wiem nawet z czego. Siedziałem tam i idiotycznie się śmiałem.
Łypnąłem znów na stół i chwilę wpatrywałem się tępo na kolejną linię z białego proszku. Nachyliłem się ponownie, wciągając kolejną działkę. Teraz to w ogóle czułem się wspaniale. Wszystkie smutki i zmartwienia poszły w zapomnienie. Wkroczyłem ponownie do świata, w którym nie istnieją żadne negatywne emocje i uczucia. Świata, w którym wszystko jest kolorowe, jak w jakiejś bajce. Tak długo mnie tam nie było…
Podparłem głowę ręką. Na blat stołu zaczęła kapać krew. Odsunąłem się od niego zdezorientowany i przetarłem dłonią nos. Przestraszyłem się trochę, kiedy ujrzałem krew na palcach. Dopiero dotarło do mnie, że widocznie krwawi mi odzwyczajona od wciągania śluzówka nosa. Zignorowałem to, ale czy słusznie? Nie wiem. Nie byłem w stanie spojrzeć na to racjonalnie. 
-Kurde, Bill… Ty to jesteś mocny –rzuciła Vivienne, jedna z dziewczyn.
-On już kiedyś ćpał –wtrącił się William.
-Poważnie? O ja pierdolę, ty, patrz jakie ma rozszerzone źrenice.   
Ignorując tę dwójkę, wstałem od stołu i chwiejnym krokiem poszedłem w stronę korytarza. Szedłem nim, sam w sumie nie wiem ile i w jakim celu. Zdążyłem się nawet uderzyć kilka razy o ścianę. Kolorowe, co chwilę zmieniające się światła oświetlały moją twarz, rażąc niemiłosiernie w oczy tak, że musiałem je mrużyć. Mijałem jakichś ludzi, których widziałem prawie że przez mgłę. Szedłem tym długim korytarzem, wydawałem się taki lekki, jakbym chodził po chmurach. Przed oczami miałem już wszystkie kolory tęczy i różnorakie kształty, których nawet nie potrafiłem określić. 
Niespodziewanie, moje nogi zrobiły się jak z waty, nie byłem w stanie ich dłużej kontrolować. Zdążyłem zrobić jeszcze kilka kroków, kiedy zrobiło mi się strasznie gorąco i ciemno przed oczami.

Upadłem jak długi na ziemię.
Przepraszam, Tom. Przepraszam, że zawiodłem... 




wtorek, 12 maja 2015

9. Wiadomość

Na wstępie, chcę bardzo serdecznie podziękować za wszystkie wyświetlenia i komentarze. Każdy czytam z wielkim uśmiechem na twarzy. Cieszy mnie, że ktoś docenia moją pracę i mu się to podoba. Niesamowicie mnie to motywuje do dalszego pisania i robię to z radością, a nie z przymusu. J
Co do publikacji odcinków, to wiem, że pojawiają się one nieregularnie. Wychodzę jednak z założenia, że lepiej dodać odcinek dzień, czy dwa później i go na spokojnie dokończyć (a z tym jest różnie, niektóre piszę szybciej, a inne wolniej), niż dodać coś napisane na szybko, byle wyrobić się w terminie. Staram się dodawać odcinki przynajmniej raz w tygodniu, oczywiście w miarę możliwości. Następny pojawi się prawdopodobnie w czwartek.
To tyle z mojej strony. Jeszcze raz dziękuję i zapraszam do czytania! J
Rishi

♥♥♥♥♥♥♥

Leżałem tak dłuższą chwilę i myślałem nad kilkoma rzeczami. Próbowałem doszukać się zagubionego w trakcie ostatnich dwóch godzin sensu istnienia, ale bezskutecznie.
Wzdrygnąłem się, zwracając uwagę na ,,miksturę’’ na moim brzuchu. Kiedy dostrzegłem, że jest tego więcej na pościeli, ledwo powstrzymałem odruch wymiotny i czym prędzej wygrzebałem się z niej. Wszystko ze mnie ciekło. Pobiegłem do łazienki. Kompletnie gdzieś miałem to, że byłem nagi, w końcu Tom widział mnie już w takim stanie, w dodatku wcale nie tak dawno.
Zużyłem chyba pół butelki z żelem, chcąc zmyć z siebie pozostałości, które bezlitośnie przypominały mi o tym, co zrobiliśmy. Miałem chociaż nadzieję, że nie poszło to na marne.
Po przebraniu się w czystą bieliznę i wyjściu z łazienki, zmieniłem pościel oraz otworzyłem na oścież okna, by choć trochę wywietrzyć pokój, wpuścić trochę świeżego powietrza i, przede wszystkim, pozbyć się tego zapachu.
Nie zasnę tej nocy, tego byłem pewien. Nie ma szans.
Wbrew sobie zamknąłem jednak zmęczone powieki i pogrążyłem się we śnie.

Imponujących rozmiarów sypialnia. W powietrzu unosi się bardzo charakterystyczna woń i, bynajmniej, nie są to perfumy. Nikt nie ma wątpliwości co do tego, co się właśnie dzieje w czterech ścianach tego ogromnego pomieszczenia.
Dwóch osobników płci męskiej w bardzo jednoznacznej sytuacji. Jeden z nich –zdecydowanie drobniejszy, wystające żebra, obojczyki i kości biodrowe, chodząca anoreksja, na którą mimo wszystko nie choruje, ale za to dysponuje jędrnymi, sprężystymi pośladkami, wije się bliski spełnienia pod tym drugim. Drugi z nich -piękny, wyrzeźbiony brzuch oraz plecy, silne, umięśnione ramiona, wydaje się pragnąć dać jak najwięcej przyjemności swojemu partnerowi. Uprawiają seks spokojny i bardzo romantyczny. Powolne, ale zdecydowane pchnięcia oraz ciasnota wyprowadzają ich obu na szczyt…

Obudziłem się cały spocony nad ranem. Rozglądając się dookoła, głęboko odetchnąłem. Święty Boże, co to za sen. Znowu.
Było mi cholernie zimno. Kichnąłem, raz i drugi. Po chwili dotarło do mnie, że zapomniałem zamknąć okien na noc.
-Szlag by to… -przekląłem i odkryłem się kołdrą.
Chwila, czy to..? Nie, nie wierzę! Widząc moje mokre gacie, złapałem się za głowę. No kurwicy można dostać. Poczułem się jak nastolatek, mający jakieś nocne zmazy. Jakie to żenujące. Byłem zmuszony wstać i się przebrać, co po chwili zrobiłem. Związałem włosy w kucyk, ubrałem bardzo luźną koszulkę, która na mnie wręcz wisiała, by nie świecić gołą klatą i spodnie dresowe, które szybko na siebie wciągnąłem.
Pozbywając się ,,problemu’’, postanowiłem, że porozmawiam z Tomem. Nie miałem najmniejszej ochoty na to, by wracać ponownie do łóżka. Chciałem wyjaśnić zaistniałą zeszłej nocy sytuację i chyba nawet przeprosić. W końcu, to dla mnie poświęcił się i to zrobił. Mnie również nie uśmiechało się kochać z bratem, ale, jak stwierdziła psycholożka, była to jedyna droga. Nieskuteczna w dodatku. Chociaż, może potrzeba czasu, by wszystko się uspokoiło? Przecież w moim dzisiejszym śnie nie było żadnej krwi. Mogę nawet stwierdzić, że taki stosunek podobałby mi się bardziej niż ten, który Tom zafundował mi wczoraj. Obiecał mi delikatność, i co? Jednak nie miałem mu tego za złe.
Spojrzałem przelotnie w lustro, wyglądałem żałośnie. Koszulka, niczym worek po ziemniakach, dres i poprzyklejane do czoła oraz smętnie wydostające się z kitki czarne kosmyki. Ruszyłem na korytarz.
-Tom? Jesteś tu..? –spytałem, delikatnie uchylając drzwi od jego pokoju.
Był pusty. Pewnie już wstał i robi coś na dole, pomyślałem. Jednak byłoby to dziwne, nawet jak na niego, gdyż, co jak co, ale mój brat, jeśli nadarzy się taka okazja, pospać sobie długo lubi. A był dopiero świt.
Zszedłem po schodach i ruszyłem w kierunku salonu.
-Tom! Słyszysz mnie? Gdzie jesteś? –pytałem. Nigdzie jednak nie było go widać, przepadł jak kamień w wodę, dosłownie.  
Gdy zbliżyłem się do wielkiego stołu barowego w salonie, zauważyłem na blacie karteczkę. Czym prędzej sięgnąłem po nią i zacząłem czytać.

Cześć, Bill.
Wyjeżdżam na jakiś czas. Nie wiem na ile, może dwa dni, może tydzień albo nawet i miesiąc. Nie pytaj o powód. Tak po prostu musi być na jakiś czas. Muszę sobie kilka rzeczy przemyśleć i oswoić się z nową dla nas obojga sytuacją, Ty zresztą też.
Biorę nasz samochód. Nie dzwoń na moją komórkę i nie szukaj mnie. Zapewniam Cię, że wrócę.
Tom

Wstrzymałem z wrażenia oddech i z każdą kolejną czytaną linijką, robiłem coraz większe oczy. W końcu skończyłem czytać i upuściłem kartkę na ziemię.
Stałem jak wryty, kompletnie nie wiedząc co mam teraz począć. Gdzie jest Tom? Co się z nim teraz dzieje? Ile może go nie być?
W jednym momencie dostałem jakby przebłysku. Andreas, przyjaciel Toma! Pewnie do niego pojechał, bo wiedział, że ja za nim nie przepadam. Chwyciłem do ręki telefon i wybrałem numer do Sakiego, naszego ochroniarza.
-Saki, jest sprawa. Mógłbyś po mnie jak najszybciej przyjechać? To pilne.  
-Oczywiście. Już jestem w drodze –odparł ochroniarz.
-To czekam –rzuciłem jako ostatnie i rozłączyłem się, po czym rzuciłem telefon gdzieś na kanapę. Zacząłem się zbierać do wyjścia.
Po chwili, dostrzegłem z okna samochód Sakiego i wyszedłem czym prędzej z domu. Będąc już w samochodzie, podałem ochroniarzowi karteczkę z adresem do Andreasa.
-Możesz mnie zawieźć pod ten adres?
-Już się robi. Ma pan tam coś do załatwienia?
-Saki, już tyle razem mówiłem ci, byś zwracał się do mnie po imieniu –przypomniałem.
-Racja, przepraszam proszę pa… znaczy Bill.
Uśmiechnąłem się tylko i założyłem okulary przeciwsłoneczne. Ruszyliśmy w kierunku domu przyjaciela Toma.
Dojechaliśmy pod mały domek na przedmieściach Hamburga. Kręciło się tu trochę ludzi ze względu na sklepy, które było w oddali widać.
-To tutaj. Pójść z tobą? –spytał Saki.
-Sam sobie poradzę. Poczekaj na mnie w samochodzie –odparłem i wysiadłem z auta.
Nie miałem najmniejszej ochoty tu przyjeżdżać, ale zrobiłem to dla brata. Nie lubiłem Andreasa, nie chciałem wchodzić  z nim w żadne interakcje. Zresztą, on ze mną też nie. A dlaczego? Andy siedział kiedyś w więzieniu. Nie byłem nawet pewny za co, ale wiem, że siedział i wolałem trzymać się od niego z daleka. Zawsze mówiłem Tomowi, żeby zrobił to samo, ale on nie chciał mnie słuchać i mówił, że Andreas się zmienił. Ten zaś twierdził, że próbuję odciągnąć od niego Toma.
Działka nie była ogrodzona żadnym płotem, więc poszedłem od razu pod drzwi i zapukałem niepewnie. Drzwi otworzyły się.
-No proszę, kogo my tu mamy! Doprawdy, nie sądziłem, że jeszcze kiedykolwiek zechcesz mnie odwiedzić, Kaulitz. Jak życie? –odezwał się blondyn, a ironiczny uśmieszek nie schodził mu z twarzy.
-Nie przyszedłem na ploteczki, Andreas –odparłem stanowczo.
-To czego tu szukasz?
-Jest tu Tom?
-Może jest, może nie ma, kto wie… -on wyraźnie próbował mnie wyprowadzić z równowagi.
-Gadaj, albo wyrwę ci te tlenione blond kłaki z głowy! –złapałem go za koszulkę.
-Taki wątły chudzielec jak ty ma mi coś zrobić? Dobre sobie! –zaśmiał się bezczelnie.
W sumie to miał rację, nie byłem w stanie nic więcej mu zrobić, jak zastraszyć. Puściłem go, a ten zaśmiał się jeszcze bardziej.
-Jest tu czy nie? –ponowiłem pytanie.
-Toma tu nie ma. A teraz, wypierdalaj stąd.
-A wiesz, gdzie może być? –pytałem dalej.
-Powiedziałem chyba jasno, że masz stąd wypierdalać?
-Wiesz, gdzie on jest, prawda? Mów, proszę, to ważne!
-LUDZIE, TO BILL KAULITZ Z TOKIO HOTEL! –wydarł się na całe gardło. Widziałem, jak cały tłum ludzi zaczął nadciągać w naszym kierunku.
-Ty skurwysynu! –wysyczałem tylko i zacząłem biec ile tylko sił w nogach w stronę auta Sakiego.
Dobiegłem chyba w samą porę, bo gdy zatrzasnąłem za sobą drzwi, pełno dziewcząt i nie tylko zaczęło napierać, prawie że kłaść się na samochód, krzyczeć moje imię i piszczeć, że aż uszy więdły. Szlag by tę sławę trafił.
-Ruszaj, szybko! –nakazałem ochroniarzowi.
Ten od razu ruszył z piskiem opon i odjechaliśmy z tego miejsca. Saki o nic nie pytał, bo wiedział, jak to ze sławą bywa.
W końcu zajechaliśmy pod nasz dom.
-Dzięki, Saki –podziękowałem mu.
-Nie ma sprawy. Będziesz czegoś potrzebował, jakiejś podwózki czy coś, to dzwoń w każdej chwili.
 Po wejściu do apartamentu, usiadłem na jednym z wysokich krzeseł i schowałem twarz w dłoniach. W tym momencie, czułem się po prostu bezsilny. Jak Toma nie ma u Andreasa, to nie mam pojęcia, gdzie jeszcze mam go szukać.  Nagle, po pomieszczeniu rozległo się dzwonienie telefonu. Szybko zerwałem się z krzesła, podążając za źródłem tego dźwięku, mając nadzieję, że to Tom. Hm, teraz pytanie, gdzie jest komórka? Nie było jej nigdzie widać. Zacząłem pośpiesznie przekopywać poduszki na kanapie, przypominając sobie, gdzie go ostatnio rzuciłem. Jest telefon!
-Cześć, Geo… -odebrałem lekko rozczarowany.
-No hej, Bill! Jak tam? –odezwał się w słuchawce Georg.
-Nijak, a tam?
-Co ty taki nie w sosie?
-Przyjedź do mnie, proszę. Powiem ci.
-Dobra, już jadę. Widzę, że to coś poważnego. Do zobaczenia –rzucił i się rozłączył.
Poczułem chęć wygadania się komuś, może to jakoś mi pomoże.
W przeciągu jakichś 10 minut, rozległ się dzwonek do drzwi. Podszedłem do nich i otworzyłem.
-To opowiadaj, stary, co cię dręczy –powiedział Geo, klepiąc mnie po ramieniu. W środku, Georg od razu wyłożył się na kanapie w salonie, a ja obok niego. –Masz coś do picia, tak w ogóle?
-W kuchni jest cola, nalej sobie –skinąłem głową w kierunku kuchni. Wrócił po chwili z dwoma szklankami pełnymi napoju, w których było po słomce i plasterku cytryny. Śmieszyło mnie trochę to, że to ja jestem gospodarzem i to ja powinienem obsłużyć gościa, ale wychodziłem z założenia, że Georg jest częścią rodziny i ma się tu czuć jak u siebie.
-O, dzięki –podziękowałem i wziąłem swoją szklankę.
-To o co chodzi? Gdzie Tom?
-Właśnie w tym sęk. Nie ma go. Zostawił rano na stole karteczkę, że na jakiś czas wyjeżdża i mam go nie szukać ani nie dzwonić.
-Tak bez powodu?
-No… to znaczy… -nie wiedziałem przez chwilę, co odpowiedzieć. Nie powiem mu przecież, że wczoraj uprawialiśmy ze sobą seks i teraz on, pod pretekstem oswojenia się z zaistniałą sytuacją, wyjeżdża bez żadnej informacji, gdzie jedzie i na ile. –Bez żadnego konkretnego.
-Przejdzie mu i  niedługo wróci, zobaczysz –poklepał mnie znów po ramieniu. Tez chciałbym tak myśleć. –Wiesz co?
-Hm?
-Na smutki najlepsze są imprezy. Tak się składa, że wybieramy się dziś z Gusem i kilkoma innymi znajomymi do klubu. Idziesz też?
Czy on oszalał? Martwię się o brata, a on mi proponuje imprezy. Chociaż, z drugiej strony…
-Idę –wypaliłem. -Tylko musiałbyś po mnie przyjechać, bo Tom zabrał nasz samochód –przypomniałem sobie.
-Dobra. Będę u ciebie jakoś koło 19, bądź gotów.
-Okej.
-To trzymaj się, Bill –pożegnał się Geo. 
-No, do wieczora –odpowiedziałem.
Objęliśmy się po męsku, klepiąc po plecach i przyjaciel zniknął za drzwiami.