niedziela, 9 sierpnia 2015

20. Lustrzane odbicie

Co ja zrobiłem…
Co ja, kurwa, zrobiłem.
Było mu od razu powiedzieć… Teraz przynajmniej nie martwiłbym się o przyszłość tego chorego związku, o ile w ogóle o jakiejś przyszłości można mówić. Tak, CHOREGO związku. Bo bądźmy szczerzy, kazirodztwo- bo to, co robimy jest właśnie kazirodztwem- nie jest normalne. Nikt nie może dowiedzieć się o tym, jakie my to akrobacje wyczyniamy w łóżku, ale też poza nim. Dla innych to przecież jakaś chora dewiacja, obrzydliwość, ale nie dla nas. Dla nas to coś pięknego. Coś, o co trzeba dbać i co trzeba pielęgnować z dnia na dzień.
Poszedłem na górę po ostatnią dawkę narkotyku i, wracając, zajrzałem jeszcze do lodówki, wyciągając z niej dwie butelki schłodzonego piwa. Usiadłem przy stole barowym, gdzie leżały dwie paczki papierosów.
Wciągnąłem resztkę białego proszku. Krew z nosa zaczęła mi znów kapać na blat, ale nie przejąłem się tym. Wytarłem krew ręką. Otworzyłem pierwszą butelkę z piwem i odpaliłem pierwszą fajkę łudząc się, że poczuję się lepiej.  
Nienawidzę tego pokrewieństwa między nami. Nienawidzę.
Ale co ja poradzę, że kocham tego idiotę? Tak, kocham go i będę walczył o tę miłość. Do samego końca.
Niespodziewanie, do drzwi zadzwonił dzwonek.  
Uśmiechnąłem się w duchu z przekonaniem, że to Tom. Może zmienił zdanie i stwierdził, że zamiast iść do klubu woli grzeszyć, robiąc tak nieprzyzwoite rzeczy ze swoim bratem bliźniakiem?
Wstałem z podłogi i owinąłem się kocem, który jeszcze przed chwilą leżał na kanapie, nie chcąc mimo wszystko świecić golizną zaraz na wejściu, a tylko to miałem najbliżej siebie.
-No proszę, kto by pomyślał! Czyżbyś zmienił zda…
Otworzyłem drzwi i zapragnąłem zapaść się pod ziemię z zażenowania. Moim oczom ukazał się mężczyzna z wielką kamerą filmującą mnie i jakaś kobieta z mikrofonem w ręku, niekryjąca zdziwienia.
-W czym mogę pomóc? To chyba jakaś pomyłka.
-Pan Kaulitz? –spytała lekko speszona.
Czyli jednak nie pomyłka.
-Tak, to ja. –Zdążyłem odpowiedzieć, kiedy obydwoje wtrynili się do domu bez żadnego zaproszenia.  
-Kręcimy krótki film dokumentalny o zespole Tokio Hotel. To zajmie tylko chwilkę. Nagramy apartament od środka, prosilibyśmy też byś ty, jako lider, coś nam opowiedział. Lektor zostanie dodany później.
-No dobra, ale szybko –zgodziłem się, sam nie wiem czemu.
-Doda pan jakiś komentarz?
-Przepraszam za moją dzisiejszą ,,kreację’’, ale nie spodziewałem się wizyty…
-Nam to nie przeszkadza.
No dobra, ale mi owszem.
Koleś z kamerą szybko obleciał cały salon, największą uwagę zwrócił jednak na stół barowy, którego nie zdążyłem ogarnąć. Jezu, chciałbym być normalnym człowiekiem, który popełnia ludzkie błędy, ale z taką różnicą, że nie dowiaduje się o nich cały świat tak, jak to jest teraz. W dodatku muszę zgrywać cały czas przed kamerą kogoś, kim nie jestem. Bo ten Bill, którego wszyscy znają to nie ja, mało on ma wspólnego ze mną. To postać wykreowana przez show biznes.
Kobieta widocznie postanowiła wykorzystać moje zakłopotanie.
-Co pan na to? Jakiś komentarz? –przyłożyła mi mikrofon do ust.
-Myślę, że powinniście już iść.
-Film jest jeszcze nie gotowy, a przecież pan się zgodził.
-Proszę wyjść –wygoniłem ich do drzwi.
-Chyba wiesz, co widziałam. I mam to na taśmie. Mogę zrobić z tym co tylko zechcę.
Pokazałem środkowy palec do kamery i zatrzasnąłem drzwi przed nosem tej wrednej żmii razem z tym gościem.
Kiedy chwilę już ochłonąłem, byłem na siebie zły. A co, jeżeli ten film ujrzy światło dzienne? Krótki bo krótki, ale jednak jest. Co Jost zrobi, kiedy go zobaczy…
Dobra, tym będę martwić się potem. Póki co, mam ważniejsze problemy na głowie.
Ciekawe, czy Tom też tak o mnie myśli, jak ja o nim w tym momencie.
Co on sobie w ogóle myśli? Przeleci mnie i spada?! O nie, nie. Nie ze mną takie numery. Między nami będzie znów tak, jak dawniej. Żadnych kłótni. Szczęśliwi. W jednym łóżku… Jeszcze tak będzie. A ja zawsze dostaję to, co chcę.

*W TYM SAMYM CZASIE*

Jestem typem człowieka, który najpierw coś robi, często pod wpływem impulsu, a później, już po fakcie, myśli i żałuje swoich czynów. A ostatnio zdarza mi się to zdecydowanie zbyt często.

Siedziałem właśnie na kanapie zaraz przy barze z Georgiem i Andreasem, którzy swoją drogą poznali się dość niedawno i beznamiętnie sączyłem piwo przez słomkę. Zamówiłem je w sumie wyłącznie dla towarzystwa – bo chłopacy wzięli, to co ja będę o suchym pysku siedział. Tylko jedno, nie chciałem się upijać. Geo i Andy zaciekle o czymś dyskutowali, a ja siedziałem tak obok nich, podpierając ręką głowę.   
Czułem się źle.
Nie mogłem oderwać się od myślenia o Billu. Moje myśli same szły w tamtym kierunku, a ja nie byłem w stanie w żaden sposób temu zapobiec.
Dlaczego go wtedy tak potraktowałem? Nie mam pojęcia. Nie wiem, dlaczego zamiast mu pomóc, wyżyłem się na nim fizycznie i słownie. Co mi to dało? Nic. Nic, poza wyrzutami sumienia, które mnie teraz wyżerały od środka do tego stopnia, że chyba zaczynałem już wariować. Wszędzie widziałem jego twarz. Jego piękne, takie same jak moje oczy o głębokim spojrzeniu, perfekcyjny nosek, pełne usta, które tak cudownie smakują, że chce się tylko więcej…
Nie zasługuję na Billa.
Co prawda, ma on swój charakter, który wcale nie tak łatwo ujarzmić, ale pokochałem go właśnie takiego. I o właśnie takiego przyjdzie mi teraz zawalczyć.
-Ej, stary, dobrze się czujesz? –odezwał się Andy, mój najlepszy przyjaciel.
Spojrzałem w jego stronę.
-A co?
-Blado wyglądasz i coś taki mało rozmowny jesteś.
-Gdzie Georg? –zmieniłem temat.
Nie lubiłem, kiedy ktoś się nade mną użalał lub ciągle pytał, jak się czuję. Męczyło mnie to i czułem się, jakbym rozmawiał z babcią.
-Poszedł za potrzebą –odparł blond chłopak. –Na pewno nic ci nie jest?
-Sorry. Gnębi mnie ta sprawa z Billem, o której ci mówiłem.
Powiedziałem mu tyle, że się pokłóciliśmy i trochę przegiąłem. Zdawanie dokładnych relacji byłoby zbyt ryzykowne.
Andy szturchnął mnie zaczepnie w ramię.  
-Boże, Tom. Twój brat jest już duży i nie potrzebuje żadnej niańki, za którą ty chcesz teraz uchodzić.
-Ale co dziwnego w tym, że martwię się o tak bliską mi osobę, jaką jest Bill?
-Zapomnij o nim przez chwilę. Wyluzuj. Napij się jeszcze trochę… -mówił Andreas. –Może zamówię ci jeszcze piwo?
-Nie chcę już pić –zastrzegłem sobie surowo.
-Pomogłoby ci się to trochę ogarnąć –nie dawał za wygraną, denerwując mnie tym coraz bardziej. –Nie bądź takim sztywniakiem. Ja walę, Tom!
-Zamknij się już! Nie dociera do ciebie, że nie chcę?
Wyprowadził mnie już z równowagi tak, że aż wstałem z kanapy. Złapałem blondyna za bluzkę i pociągnąłem w górę.
Chłopak się zaśmiał.
-A co, w dupę się posuwacie tak, jak na tych poprzerabianych zdjęciach w necie, że tak stoisz za nim murem?
Odepchnął mnie od siebie.
Ze złości chyba aż poczerwieniałem, bo wszystko zaczęło się we mnie gotować.
Zacisnąłem obie dłonie w pięści. Wziąłem jedną z nich zamach i uderzyłem Andreasa prosto w twarz. Złapał się za szczękę, chcąc jakby sprawdzić, czy ma ją na miejscu, po czym rzucił się na mnie z zamiarem zemsty.
-Ty gnoju… -wycedził przez zęby.
-Hej, hej! Chłopaki, co się tu dzieje?
Spojrzeliśmy równocześnie na stojącego obok Georga, który po chwili wkroczył między mnie i Andyego, po czym nas rozdzielił.
-Właśnie wychodziłem –rzuciłem na odchodne i zacząłem iść w stronę wyjścia.
-Tom, czekaj –zawołał za mną Geo.
-Pogadamy kiedy indziej, stary. Chyba, że chcesz skończyć jak Andreas. –Odpowiedziałem, nie odwracając się w jego stronę.
Nie panuję nad swoimi czynami pod wpływem emocji. To dla dobra Georga.
Wyszedłem z klubu i wsiadłem do samochodu, odjeżdżając chwilę później z piskiem opon. Zaczęła zastanawiać mnie jedna rzecz.
Czy Andy wtedy wiedział, co jest między nami, a przynajmniej było do tej pory? Zgadywał? Chciał za wszelką cenę mnie sprowokować? Zobaczyć, na jak wiele może sobie pozwolić?
Ja w każdym bądź razie wiedziałem jedną rzecz. Choć tak właściwie to dwie.
Nie mam czego więcej u Andyego szukać. Uważałem naszą przyjaźń za zakończoną i ten rozdział w moim życiu za zamknięty. Może to przez niego rozpadł się mój związek z Billem? Nie lubili się jak kot z psem.
No i druga, ta pierwszorzędna sprawa. Muszę zawalczyć o Billa. Muszę sprawić, by wszystko było między nami tak, jak dawniej. O ile będzie w ogóle chciał ze mną jeszcze po tym wszystkim rozmawiać. Szczerze? Nie zdziwiłbym się, gdyby tak właśnie się stało.

Ale bądźmy dobrej myśli. Zrobię wszystko, byleby tylko nasza relacja wróciła do normy.
Ciekaw jestem, czy Bill też tak o mnie myśli, jak ja o nim w tym momencie. 






wtorek, 28 lipca 2015

19. Złośliwość losu

Stanąłem jak wryty w drzwiach, kiedy go zobaczyłem. Trzymał w ręku woreczek z resztką narkotyku i patrzył na mnie wyczekująco.
-Powiesz mi, co to jest, do jasnej cholery?
Oczywiście, że było to pytanie retoryczne. No bo co miałem tam innego trzymać, mąkę? Zamarłem. Patrzyłem to na niego, to na woreczek. Jak w ogóle mogłem być taki głupi i zostawić go na wierzchu? Tak bardzo chciałbym cofnąć czas, wszystko mogłoby potoczyć się inaczej. Ale było już za późno. Za późno, by cokolwiek zrobić.
-I co? Nic nie powiesz? –spytał po chwili, cały czas lustrując mnie swoim spojrzeniem. Złość, ale to mnie akurat nie dziwiło. Ewidentnie był zły. Zły… on był wkurzony. Najbardziej zabolało mnie rozczarowanie, które gdzieś tam w jego oczach się przejawiało. Tego nie da się werbalnie opisać, tego obrzydzenia, które w tym momencie do samego siebie czułem. Ale nie dałbym tego po sobie poznać, tym bardziej nie powiedziałbym tego głośno.
Wzruszyłem obojętnie ramionami.
 -A co mam ci powiedzieć? Przecież widzisz, co to jest.
Nie było sensu mówić mu ,,To nie tak, jak myślisz’’. Zastanawiałem się, czy mu powiedzieć, ale w końcu tego nie zrobiłem i mam za swoje.
Tom uniósł brwi i skrzyżował ręce na klatce piersiowej. Zdziwiła go moja odpowiedź.
-Nawet nie spróbujesz? Myślałem, że jesteś bardziej zdeterminowany.  
-Dobra, daj mi spokój. –Rzuciłem chłodno i wyszedłem ze swojego pokoju, zostawiając w nim brata samego.
Ostatnie, czego mi teraz brakowało to się z nim kłócić, ale mnie zdenerwował tym swoim ,,Myślałem, że jesteś bardziej zdeterminowany’’. No kurwa, ja mało zdeterminowany?
-Hej, jeszcze nie skończyłem!
-Ale ja tak.
Kiedy byłem już na korytarzu, w pewnym momencie poczułem, jak Tom łapie mnie od tyłu za ramiona i pcha brutalnie na ścianę.
-Pojebało cię?! Co ty wyprawiasz?
-Nie wychodź, jak do ciebie mówię –wysyczał.
Przygwoździł mnie swoim ciałem do ściany. Czułem jego oddech na swoich plecach. Serce łomotało mi w piersi i sam już nie wiedziałem, czy to ze strachu, bólu, czy jeszcze czegoś innego.
-Bill. Nie chcę zrobić ci krzywdy.
-No nie wiem. 
Odwrócił mnie przodem do siebie.
-Spójrz na mnie –poprosił.
Ja nie zamierzałem na niego patrzeć. Wlepiałem wzrok w podłogę i czekałem, aż mnie puści.
-Spójrz! –rozkazał o wiele mniej łagodnym tonem.
Ale ja nie ustępowałem. Krew w żyłach zaczęła krążyć mi szybciej, kiedy złapał mnie oburącz za szyję zmuszając, bym na niego spojrzał.
Byłem przerażony. Dawno nie był aż tak agresywny wobec mnie. Nie wiem w ogóle czy zauważył, że zaczynam się dusić. Na darmo próbowałem zdjąć jego dłonie z mojej wiotkiej szyi, walcząc o każdy większy łyk powietrza.
-Tom… D-dusisz mnie… Nie mogę… oddychać –wykrztusiłem.
Rozluźnił trochę uścisk. Było lepiej, ale dalej bolało.
-Sam niedawno tak się spinałeś o ukrywanie czegoś przed sobą. A teraz co? Sam to robisz.
-Chciałem ci powiedzieć.
Każde słowo kosztowało mnie sporo wysiłku. To było straszne.
-ŁŻESZ! Myślisz, że będę zapierdalał z tobą po odwykach po raz drugi? Jebany hipokryta.
-Jak mnie nazwałeś?
Miałem wrażenie, że się przesłyszałem.
-Tak, jak słyszałeś –zaśmiał się. –Co, uraziłem twoje gigantyczne ego?
-Zamknij się!
-Prawda boli, nie? Zgadza się, Billy. Jesteś pieprzonym sukinsynem zepsutym przez pieniądze i sławę. Tylko spróbuj zaprzeczyć, a zaśmieję ci się prosto w twarz.
-Możesz mi possać –udało mi się wykrztusić. Uśmiechnąłem się tryumfem. Nie chciałem mu dać satysfakcji. To, że jest silniejszy fizycznie jeszcze o niczym nie świadczy.
-Ja tobie? –nie dawał za wygraną. –To ty ostatnio dławiłeś się moim chujem. Przyznaj, lubisz to. Lubisz, jak cię pieprzę.
Z tymi słowami przestał uciskać ręce na mojej szyi i popchnął mnie tak, że upadłem. Śmiałem się histerycznie jak jakiś psychopata i zacząłem rozmasowywać sobie obolałą szyję. 
-Spójrz na siebie, Bill. Jesteś żałosny –dodał, patrząc na mnie z góry.
-Lubię, to fakt –przyznałem, nawiązując do wcześniejszego, by go zdenerwować, jeśli liczył na inną odpowiedź. – Wiesz co? Przerżnij mnie. Tu i teraz. O ile podołasz wyzwaniu, oczywiście.  
-Ta, a potem będziesz kwękał, że cię boli.  
Prychnąłem i zacząłem ściągać z siebie ubrania. Tom robił dokładnie to samo, posyłając mi międzyczasie pełne perwersji spojrzenia. Mając problemy ze ściągnięciem dość obcisłych spodni na siedząco, podniosłem się z podłogi i dokończyłem czynność. Części naszej garderoby lądowały po kolei na podłodze, aż do momentu, kiedy staliśmy przed sobą kompletnie nadzy. Bez żadnego skrępowania prezentował mi swoją erekcję. Samą tą rozmową zdążył się już napalić.
Rzuciłem się na Toma i zacząłem go dziko całować, od razu wpychając mu swój język do gardła. Zaczęliśmy się lizać jak para napaleńców, kiedy bliźniak nam przerwał.
-Co jest?
-Chcesz robić to tutaj? –spytał. -Chodź.
Pociągnął mnie do siebie do pokoju. Jednym ruchem zrobił miejsce na biurku, przesuwając wszystko, co się na nim znajdowało, zwalając przy okazji kilka książek. Dorwał się znów do moich ust tak, że nie mogłem złapać powietrza. Ale podobało mi się to. Dalekie to było od delikatności i subtelności, to było po prostu zwykłe lizanie się i to dosłownie.
Nie zauważyłem nawet, kiedy podniósł mnie i po chwili leżałem już na biurku z Tomem między nogami. Ssał i przygryzał na przemian moje sutki, pieszcząc jednocześnie ręką moją męskość. Tyle wrażeń jak na jeden raz. Miałem wrażenie, że odlatuję. Ale to był dopiero początek. Kiedy Tom podniósł się i napluł na swoją dłoń, rozcierając następnie ślinę na swoim penisie, wiedziałem, co mnie czeka. Bliźniak uśmiechnął się tylko cwaniacko, a po chwili wszedł we mnie do końca za jednym pchnięciem. Pewnie, że zabolało, ale ten ból był jakiś taki… podniecający?
-Och, Tooom! –wymsknęło mi się. W takich chwilach nie kontroluję swojego języka.
-Tak, krzycz moje imię… Krzycz!
Zaczął się we mnie szybko poruszać. Trzęsienie ziemi zafundowane przez własnego brata, tak można by to było porównać. Tom znów sięgnął ręką do mojego penisa, kiedy oplotłem go nogami w pasie. Jęczałem jak rasowa dziwka, co akurat mojemu bratu się podobało, chociaż sam wcale nie był cicho. Odchylił głowę, zarzucając przy tym swoje warkoczyki do tyłu.
Fala dreszczy oblała całe moje ciało, czułem każdy palący mięsień. Doszedłem w dłoni brata, który wciąż nie przestawał mnie pieścić. Tom zaczął poruszać się w moim wnętrzu coraz szybciej i szybciej. Zajął jedną rękę teraz pieszczeniem moich sztywnych sutków. Zawyłem z rozkoszy, kiedy szarpnął kolczyk, który połyskiwał w jednym z nich.
Podczas kiedy ja byłem bliski dojścia po raz drugi, bliźniak jeszcze nie skończył. Miał zarówno twarz, jak i całe ciało oblane potem, ale nie przestawał niesamowicie celnego uderzania w moją prostatę. Trochę zaczęło mi już to sprawiać ból, ale jakoś nie chciałem, by przestawał.
I stało się. Doszedłem po raz drugi, spuszczając się na swój tors. Ale tego, że Tom nachyli się i zacznie zlizywać spermę z mojego brzucha się nie spodziewałem. Robił to z takim zapałem, jakby kosztował najlepszego przysmaku na świecie. Oczy prawie wyszły mi z orbit, kiedy znów zaczął się poruszać, i to tak brutalnie, że poczułem niesamowity ból w wiadomych okolicach. I za cholerę nie wiem dlaczego, ale jęknąłem i, bynajmniej, nie był to jęk bólu tylko podniecenia. Podniecałem się bólem? Chyba jestem chory albo jakiś serio zboczony. Ale, do cholery, Tom jeszcze nie skończył! Ani razu! A ja co, mam dojść po raz trzeci? Przerażała mnie ta myśl odrobinę.
-Ku…kurwa… Ja pierdolę… -zdążył parę razy przekląć, po czym we mnie doszedł. Był cały zdyszany.
-Już myślałem, że nigdy nie dojdziesz –rzuciłem.
-Poczekaj tu chwilę. Zaraz wrócę –powiedział.
Gdzieżby to mógł się wybierać?
Usiadłem na biurku. Tom wrócił po chwili z… kartonem mleka w ręku. Co ten idiota znów kombinuje?
-Po co ci mleko? –spytałem.
-Zobaczysz… -odparł tajemniczo.
No dobra, zobaczymy.
Przysiadłszy się do mnie, postawił kartonik gdzieś obok i zaczęliśmy się całować po raz kolejny, ocierając się o siebie. I to znów tak, że nam obu zabrakło tchu. W chwili przerwy, odkręcił nakrętkę kartonu z mlekiem i kiedy znów kontynuowaliśmy pieszczoty, wylał na nas całą zawartość opakowania. Po chwili oderwaliśmy się od siebie cali zdyszani i jeszcze w dodatku mokrzy.
-Ty to masz pomysły –rzuciłem.
-A co, nie podobało ci się? –zatkał mi usta dłonią. –Nie odpowiadaj. Wiem, że tak. Mówiłem, że lubisz, kiedy czujesz w sobie mojego chuja.
Uniosłem jedną brew.
Tom wstał z biurka, liżąc mnie jeszcze uprzednio w policzek i wychodząc po chwili z pokoju.
Wyszedłem za nim.
-Ej, a ty dokąd?
Brat zebrał na korytarzu swoje ubrania i idąc w kierunku schodów, zaczął się ubierać zupełnie nie przejmując się tym, że jest cały w mleku.
-Pytam się, kurwa!
-Do klubu. Nie chce mi się gadać –odparł, nie odwracając się.
-Nigdzie nie idziesz.  
-Ach, właśnie. Wiesz, gdzie byłem wtedy, jak wyjechałem? U Andreasa. W ogóle to ciekawe, że właśnie u niego szukałeś.
-Co? Przecież mówił, że cię nie ma –zdziwiłem się.
-Kazałem mu tak powiedzieć. Ale wtedy to było dla naszego dobra, Bill, sam wiesz.
Kiedy był już przy drzwiach wyjściowych, wybiegłem przed niego i zasłoniłem sobą drzwi.
-Posuń się. Wychodzę.
-Nie –broniłem nieugięcie drzwi.  
-Rusz dupę!
-Nigdzie nie idziesz, do cholery!
-Ach tak?
Zaśmiał się i mnie podniósł. Zacząłem się wyrywać i szarpać, a nawet okładać brata pięściami.
-Puść mnie, no!
-Dobra –odpowiedział i postawił mnie z dala od drzwi, po czym wymknął się szybko z domu.
-Żałosny jesteś, słyszysz?! Pieprzony tchórz! –darłem się jeszcze przez chwilę, ale to nie miało już sensu. Pokazałem jeszcze do drzwi środkowy palec i upadłem na kolana, chowając po chwili twarz w dłoniach i wyjąc .

Co ja zrobiłem…
Co ja, kurwa, zrobiłem.




niedziela, 12 lipca 2015

18. Nieuwaga

-Bill, co jest? –widocznie zauważył Jost.
-Nic. Nie chcę robić tej trasy.
-Słucham? –spytał, jakby nie mogąc dowierzyć własnym uszom.
-Nie chcę robić tej trasy –powtórzyłem, kierując swój wzrok ku górze.  
-Trzymajcie mnie, bo zaraz wyjdę z siebie i stanę obok! –Jost wstał z kanapy, podczas kiedy reszta zespołu siedziała cicho, nie chcąc jeszcze bardziej działać na nerwy Davidowi, ale byli zdziwieni moimi słowami, to było zdecydowanie widać. Gustav zasłonił sobie usta dłonią, Tom uniósł brwi chyba najwyżej, jak tylko się dało, nawet Georg siedział z otwartą buzią.  
–Od jakiego czasu rozmawiamy już o tej trasie? Dwoję się i troję, by spełnić wszystkie wasze życzenia jej dotyczące, załatwiam projekty, poświęcam czas a ty, Bill, tak po prostu mówisz, że nie chcesz jej robić?! –menager skrzyżował ręce na piersi i zmarszczył brwi. –Wiesz, jakie straty się z tym wiążą?
Oczywiście, że wiedziałem. Głupie pytanie.
Nagle poczułem, jak ktoś dotyka mojego ramienia.
-Bill, co się z tobą dzieje? –to był Tom.
-Właśnie, Bill, powiedz nam –podchwycił Jost zirytowanym głosem. –Wszyscy jesteśmy tego ciekawi.
Oczy wszystkich obecnych w pomieszczeniu skierowane były teraz na mnie. Tom, Gustav, Georg i oczywiście David Jost patrzyli na mnie wyczekująco, szczególnie przerażał mnie wściekły wzrok Josta. Cały czas siedziałem przy stole podpierając dłonią głowę. Przełknąłem ślinę i wziąłem głęboki oddech.
-Zostawcie mnie wszyscy. –Uciąłem.
Podniosłem się z miejsca i zwijając, mając nadzieję że należące do Toma, kluczyki od samochodu ze stołu po prostu wyszedłem z pokoju.  
-Bill, czekaj! –krzyknął jeszcze Gustav, ale ja nie zamierzałem czekać, a tym bardziej tam wracać.
Miałem totalne echo w głowie, po prostu pustka. Trasa to ostatnia rzecz, jaką chcę teraz robić. Serio, mam wywalone na straty i inne duperele. Moje myśli od rana krążyły wokół kolejnej dawki, stało się to moim priorytetem, potrzebowałem tego. Nie umiem już funkcjonować bez koki i zdałem sobie z tego sprawę. Musiałem zażyć kolejną dawkę, ale chciałem po drodze zrobić coś jeszcze.
Wyszedłem z budynku i od razu zacząłem szukać wzrokiem auta Toma. Pamiętałem w miarę gdzie je zostawiliśmy, więc nie było to na szczęście wielkim wyzwaniem. Dopadłem do samochodu. Jezu, żeby rzeczywiście były to dobre klucze.
Udało się!
Wsiadłem do auta. To, co chciałem zrobić było szalone. Mimo że nie mam prawa jazdy, miałem kilkukrotnie okazję poprowadzić samochód. Tyle że z takim szczegółem, iż były to wiejskie dróżki, a nie ruchliwa autostrada.
Przepraszam, Tom. Muszę to zrobić.
Przekręciłem kluczyki w stacyjce i wyciągnąłem GPS’a, wbijając adres szpitala psychiatrycznego.
Dobra, jakoś ruszyłem. Pierwsze parę kilometrów przejechałem w miarę spokojnie. Modliłem się myślach, bym nie musiał tłumaczyć się przed policją. W myślach zacząłem już układać wyjaśnienia łamane na przeprosiny dla brata. Może powinienem powiedzieć mu o tym, że znów biorę? Przecież to złamałoby mu serce! Ale, z drugiej strony, co mam wtedy powiedzieć? Odwołałem trasę bo mam takie widzimisię? Jak w ogóle fani na to zareagują? Jak zareagowaliby na wieść o moim ćpaniu? Przecież ten Bill Kaulitz, którego wydaje im się, że tak dobrze znają, nawet by o tym nie pomyślał. Mój wykreowany przez media wizerunek ,,trochę’’ mija się z prawdą. Czuły i wrażliwy romantyk to najbardziej banalny pomysł, na jaki ktoś mógłby kiedykolwiek wpaść. Dziewczyny to lubią. Więcej fanek płci żeńskiej, więcej sprzedanych płyt i biletów na koncerty, więcej pieniędzy. Tak to niestety wygląda, żyjemy w takim świecie po prostu. To nie bajka ze szczęśliwym zakończeniem, gdzie główni bohaterowie żyją długo i szczęśliwie.
Prawda jest taka, że dalej jestem egoistycznym, zapatrzonym w siebie materialistą i już nim pozostanę. Nie obchodzą mnie inni, najważniejszy jestem ja. Ale jeszcze ważniejszy ode mnie samego jest mój brat bliźniak i jednocześnie największa miłość Tom, za którego oddałbym życie.
Tak, zdecydowanie jest moją największą miłością. Jak jeszcze jakiś czas temu byłem nim zauroczony, to teraz jestem po prostu zakochany po uszy.
Muszę mu to powiedzieć. Powiedzieć o tym, co mnie gnębi. Powinienem był to zrobić od razu, on by mi pomógł, wysłuchał, zrozumiał. Zrozumiał, jak nikt inny nie jest w stanie zrozumieć.
Tak się pochłonąłem w swoich myślach, że nawet nie zauważyłem, kiedy wjeżdżam na parking szpitalny. Bogu dziękowałem, że policja mnie nie złapała. O ile on gdzieś tam w ogóle jest. 
Przez chwilę musiałem się zastanowić i przypomnieć sobie, po co ja tu w ogóle jestem.
No tak. Ta dziewczyna.
Nie mam nawet pojęcia, dlaczego chciałem jej tak pomóc, przecież nawet nie pamiętam jej imienia. Śmieszne.
Dziwiłem się sam sobie. To było dziwne, że nagle tak zależało mi na zrobieniu czegoś dla innego człowieka niż Tom. Nie chciałem się teraz nad tym głębiej zastanawiać, bo wyda mi się to na tyle dziwne i bezsensowne, że w końcu bym zrezygnował.
Teraz zdałem sobie sprawę, jak bardzo głupi jestem. Bez żadnej ochrony, w pełnym makijażu i w ułożonych włosach, przez które naprawdę nietrudno było mnie zauważyć. Ale nie widziałem nikogo, kto stanowiłby potencjalne zagrożenie.
W budynku było pusto, żadnych ludzi, tylko jakaś sprzątaczka. Podszedłem do recepcji. Kobieta tam siedząca przeżegnała się kiedy tylko mnie dostrzegła, co mnie nawet rozśmieszyło. Różnie ludzie na mój wygląd reagują, zdążyłem się już przyzwyczaić.
-Dzień dobry. Muszę koniecznie spotkać się z pewną dziewczyną tutaj przebywającą, ale niestety nie znam jej nazwiska. Imię to Cloe.
-Cloe? –zastygła recepcjonistka, patrząc na mnie z przerażeniem w oczach. –Istotnie, wiem o którą chodzi. Cały personel ją zna.
-Gdzie teraz przebywa? –spytałem. Nie chciało mi się wysłuchiwać o tym, jaka by to nie była. Interesowało mnie tylko to, gdzie ją znajdę.
-A spodziewa się pana wizyty?
-Nie…
-To nie pomogę.
-Ale to ważne, proszę zrozumieć.
-Przykro mi. Do widzenia.
No co za babsztyl!
Odszedłem naburmuszony i chwilę stałem. A nuż może znów Cloe będzie przechodzić z jakimś lekarzem i ją zaczepię.
Ciarki mnie przeszły, kiedy usłyszałem za sobą swoje nazwisko.
-Przepraszam. Czy pan to Bill Kaulitz z tego zespołu? -Odwróciłem się. Stała za mną ta sprzątaczka, którą na początku widziałem. Niska, starsza kobieta. -Coś z Japonią czy Chinami… Pekin Hotel? Nie, to nie to… O, już wiem! Tokio Hotel!
-Tak, to ja -odparłem z uśmiechem. Ciężko było się nie uśmiechnąć, promieniowała od niej jakaś taka pozytywna energia. No bo co, co zrobi mi taka pani po pięćdziesiątce?
-Moje wnuki uwielbiają pańską muzykę. Mówili, że jest pan bardzo wysoki i się nie mylili.
-Wie pani co, trochę się spieszę…
-Ach, no tak. Podsłyszałam, że szuka pan Cloe, zgadza się?
Jeśli ona mnie do niej zaprowadzi… Z nieba spadła mi ta kobieta!
-Dokładnie. Zaprowadzi mnie pani do niej?
-Och, oczywiście. Pod warunkiem, że zrobi sobie pan ze mną zdjęcie.
-Pewnie. Chodźmy, bo czas ucieka –pogoniłem, po czym podążyłem za tą sympatyczną starszą panią po schodach w dół. Zaprowadziła mnie pod jakąś salę.
-To tu. Ale ostrzegam cię, wchodzisz na własną odpowiedzialność.
Nie powiem, że nie, przeraziły mnie trochę jej słowa.
Zgodnie z umową zrobiłem sobie z kobietą zdjęcie jej telefonem komórkowym i podziękowałem za pomoc.
Wziąłem głęboki oddech i zapukałem do drzwi. Chwilę czekałem, ale nie było słychać żadnej odpowiedzi, więc ostrożnie nacisnąłem na klamkę i powoli otworzyłem drzwi. Ku mojemu zdziwieniu, drzwi były otwarte.  
Rozejrzałem się dookoła. Na łóżku po lewej stronie pokoju siedziała brunetka, to chyba była Cloe. Nie widziałem jej twarzy, bo miała głowę spuszczoną w dół i nogi podciągnięte pod brodę.
-Em, Cloe… Cześć? –zacząłem niepewnie.
Dziewczyna podniosła głowę i spojrzała na mnie swoimi dużymi, niezwykle smutnymi, czarnymi oczami. Pustka, jaka z nich promieniowała, przerażała mnie. Brak w nich było jakiejkolwiek radości i tego blasku, jak u innych ludzi.   
-Po co przyszedłeś? –spytała cicho.
-Porozmawiać, a może i nawet… pomóc.
Zaśmiała się ironicznie.
-Mnie nie da się pomóc. Niepotrzebnie się fatygujesz.
-Ale chcę chociaż spróbować.
-My się nawet nie znamy, czemu to w ogóle robisz?
Dziwiło mnie to, że była taka spokojna. Psycholożka określała ją jako agresywną, starsza sprzątaczka też mnie ostrzegała. Może podali jej właśnie jakieś uspokajające leki?
-Wiem o twoim przypadku, o twoich rodzicach… Nie musisz mówić, jeśli nie chcesz, ale…
-To nie jest wielka tajemnica. Mama zginęła w wypadku. Ojciec strzelił sobie w łeb kilka dni później, pieprzony tchórz. Usłyszałam huk dobiegający z łazienki, więc tam poszłam by sprawdzić, co się stało. Na podłodze było pełno krwi, a w środku wielkiej plamy mój tatuś, mający w dupie swoją córkę, który postanowił tak po prostu się zabić. Sąsiadka usłyszała mój krzyk i zadzwoniła na policję, później mieszkałam razem z nią. Kilka lat potem poznałam swojego chłopaka… Ale o tym nie chcę mówić. I tak mnie nie zrozumiesz, musiałbyś przeżyć to, co ja, by naprawdę dowiedzieć się, jak to jest.
Słuchałem tego i nie wiedziałem co powiedzieć. Boże, przez jaki koszmar ona przechodziła i zapewne dalej przechodzi. Nie chciałem mówić głupot w stylu ,,współczuję ci’’ bo wiem, że takie coś tylko jeszcze bardziej przytłacza, zamiast pomagać.
-Rozumiem cię. Co prawda ja mam brata bliźniaka, na którym zawsze mogę polegać, ale radziliśmy sobie praktycznie sami przez cały czas. Ojciec odszedł od nas, kiedy mieliśmy po siedem lat. Matka nie mogła sobie z tym poradzić i zapijała smutki wódką. Praktycznie całe dnie nie było jej w domu. Byłem dyskryminowany w szkole za wygląd, ale to nie o to chodzi, by przejmować się opiniami innych. Wyśmiewali nasze marzenia. Bo nie wiem, czy wiesz, ale razem z moim bratem i dwoma przyjaciółmi tworzymy zespół. Dopiero wtedy, kiedy osiągnęliśmy sukces, nagle wszyscy nas polubili i sobie o nas przypomnieli. Żałosne.  Największy żal do naszej mamy mam o to, że nie było jej kiedy najbardziej tego potrzebowaliśmy. Słowo ,,mama’’ oznacza po prostu dla mnie zwykłą osobę, która nic wielkiego w moje życie nie wniosła. Dopiero później wzięła ślub z Gordonem, który był w miarę ogarnięty. Ale to już blisko było do tego czasu, kiedy wyprowadziliśmy się na swoje.
Nie wiem dlaczego, ale otworzyłem się przed nią. Nie lubiliśmy razem z Tomem mówić o naszych rodzicach, a w szczególności o relacjach, jakie z nimi mieliśmy. To było dziwne. Znając ją taką nie pomyślałbym w ogóle, że może przebywać w takim miejscu.  
-Eh. –Westchnęła. - Życie nie zawsze układa się tak, jakbyśmy my tego chcieli. Z tego wszystkiego zapomniałam cię w ogóle zapytać o imię.
-Bill –uśmiechnąłem się.
Odpowiedziała lekkim uśmiechem. Jej oczy wydawały się być bardziej radosne, niż wcześniej, kiedy tu wszedłem.
-W takim razie, dziękuję ci, Bill, za to, że tu przyszedłeś. Nie mam z kim porozmawiać. Jedyne, co na co dzień widzę, to lekarze.
-Nie ma za co. Cieszę się, że mogłem pomóc –powiedziałem i przytuliłem dziewczynę.  
Patrzyła jeszcze na mnie chwilę, aż nie przerwały nam kroki na korytarzu.
Drzwi otworzyły się.
-Hej! Co ty tu robisz? –spytał jakiś starszy, osiwiały lekarz surowym tonem.
-Ja właśnie wychodziłem. –Wstałem szybko z łóżka i wyszedłem z pokoju.
Głupio trochę wyszło, ale chociaż tyle mogłem zrobić. O dziwo pamiętałem drogę do recepcji, którą szybko minąłem, wychodząc po chwili z budynku. Czułem taką jakby satysfakcję, że porozmawiałem z Cloe. Chociaż tak mogłem pomóc. Brzydka w sumie nie była, wydawała się nawet mną zainteresowana. No ale ma 16 lat, czyli cztery lata młodsza ode mnie, a ja wolę starsze.
W drodze powrotnej wróciłem do układania wytłumaczenia dla Toma i jakoś udało mi się dojechać do domu.
Kiedy wszedłem do środka apartamentu, zmartwiłem się. Brata nigdzie nie było. Ale ze mnie idiota. Wziąłem jego samochód nawet się nie martwiąc, jak on wróci do domu.
-Bill? Już wróciłeś? –usłyszałem jego głos dobiegający z góry.
-Tak! Już do ciebie idę –odparłem.
-Świetnie.
Trochę się bałem. To pewne, że będzie oczekiwał jakiś wyjaśnień.
-Tom? Gdzie jesteś? –spytałem, kiedy byłem już na górze.
-W twoim pokoju.
Trochę zdziwiła mnie ta odpowiedź, no ale dobra.
Stanąłem jak wryty w drzwiach, kiedy go zobaczyłem. Trzymał w ręku woreczek z resztką narkotyku i patrzył na mnie wyczekująco.

-Powiesz mi, co to jest, do jasnej cholery?    





sobota, 4 lipca 2015

17. Zmiana planów

Już się ściemniało. Z daleka widać było palące się światła w salonie. Bolała mnie strasznie głowa, ale mimo tego uśmiech i tak nie schodził mi z twarzy. Dobrze, że samochód był duży, bo inaczej miałbym małe problemy ze zmieszczeniem się z tym irokezem, a wzrost by mi w tym momencie też nie pomagał. W końcu Saki też był wysoki i dobrze zbudowany, to musiał mieć duże auto. Logiczne.
Drzwi były otwarte. Gdy tylko przekroczyłem próg domu, kaszlnąłem ostentacyjnie możliwie najgłośniej, zwracając tym oczywiście uwagę Toma. Stał przy barowym stole i przeglądał jakieś gazety, jednak przerwał swoją pracę i zaczął iść w moją stronę. 
Widziałem już jego zdziwioną minę, kiedy spojrzał na to, co mam na głowie. Nie wiedziałem tylko, czy to zdziwienie jest w pozytywnym czy raczej negatywnym kontekście.
Pocałował mnie w usta na przywitanie. Cały dzień się praktycznie nie widzieliśmy, to prawie jak wieczność. Każda sekunda bez Toma jest wiecznością.
-Wow, Bill… -wykrztusił z siebie.
-I co? –spytałem podekscytowany. Nie mogłem się wręcz doczekać, jak zacznie prawić mi komplementy, co uwielbiałem.
-Twoje włosy…  -obszedł mnie dookoła i delikatnie dotknął polakierowanych, stojących na baczność pasm. Jego mina wyrażała w sumie zaskoczenie i nic więcej.
-Co z nimi nie tak?
-Nie… to znaczy…
-Nie podobają ci się? –spytałem lekko zawiedziony. Nie na taką reakcję liczyłem…
-Tego nie powiedziałem.
-Ale widzę, że coś ci się nie podoba.
-Po prostu wyglądasz inaczej. Muszę się przyzwyczaić –stwierdził myśląc, że wybrnął z sytuacji. 
-Jakbym pierwszy raz się zmieniał, a teraz wyglądam bardziej męsko. Właśnie, chcę zacząć też ćwiczyć –złapałem się za swoje kościste ramię i spojrzałem na brata.
-Ty ćwiczyć? –zaśmiał się. –Bill i ćwiczenia, to nie pasuje razem w jednym zdaniu.
No fakt. Nigdy nie przepadałem za sportem i ogólnie za aktywnością fizyczną, nie to co Tom. On zawsze miał zadbane, umięśnione ciało, szczególnie tors, który tak chętnie pokazywał. Nago wyglądał naprawdę spektakularnie. Tymczasem ja zawsze najgorsze oceny miałem właśnie z wf-u. Od zawsze miałem szybki metabolizm i spalałem wszystko w trybie turbo bez ruszenia palcem. To geny. U Toma tego tak nie widać, bo on chodzi na siłownię, a ja jestem patyczakiem. No naprawdę, nie zliczę artykułów, w których posądzano mnie o zaburzenia odżywiania. To byłaby naprawdę ostatnia rzecz, na którą bym zachorował. Co prawda nie przywiązuję zbytniej wagi do jedzenia, byleby było bez mięsa, ale zdarzały się dni, kiedy nic nie jadłem i piłem tylko kawę.
Ludziom zawsze coś nie pasuje, są wiecznie niezadowoleni, zdążyłem to już dawno zauważyć. Inni katują się rygorystycznymi dietami i próbują schudnąć, a inni narzekają, że jedzą dużo słodyczy i za cholerę nie mogą przytyć. Ja należałem zawsze do tych drugich. Oczywiście mógłbym wcześniej chodzić na siłownię czy coś ćwiczyć, ale nigdy mi się nie chciało.  
Tak, zawsze byłem szczupły, wręcz chudy. Ale przyszła pora to zmienić.   
-Tom, ja też jestem facetem, nie chcę całe życie wyglądać jak baba. Nie przestanę się malować, to chociaż co innego zmienię…
-Dobra, rób co chcesz –wzruszył ramionami. –Właśnie, Jost dzwonił z informacją, że jutro z rana musimy obgadać w końcu tę trasę, a po tym mamy wywiad.
-Zaczyna się… -westchnąłem.- W sumie można się tego było spodziewać. Czasem mam ochotę powiedzieć po prostu ,,pierdolę to’’ i mieć wszystko w dupie.
-Ja też, ale nie myślimy teraz o tym. A z tymi ćwiczeniami to ci nawet mogę pomóc, żebyś się z samego początku nie przeforsował.
-Dzięki.
-No chodź tu do mnie –rozłożył zachęcająco ręce i mnie przytulił. –Zająłbym się dziś tobą porządnie w nocy za ten cały dzień rozłąki, ale boli mnie głowa i jestem padnięty. Zabawimy się jutro. Skończymy te wszystkie wywiady, pogadanki i noc będzie nasza. Co ty na to?
-Też mnie głowa boli, pewnie coś z ciśnieniem.
-A rozważysz tę propozycję?
-No zastanowię się…  -rzuciłem, po czym obaj się zaśmialiśmy doskonale wiedząc, jaka jest odpowiedź.
Daliśmy sobie jeszcze buziaka na dobranoc i rozeszliśmy się tym razem do swoich pokoi.
Wparowałem do swojego królestwa jakby się paliło, zamykając drzwi na klucz. Od razu dorwałem się do komody z bielizną i zacząłem nerwowo przeszukiwać zawartość szuflady w poszukiwaniu woreczka. Za każdym razem ubywało proszku. Za każdym razem mówiłem sobie, że z tym skończę, każdy raz miał być tym ostatnim. To mnie przerosło. Nie dam rady rzucić, chęć wzięcia jest zbyt silna. Nienawidziłem siebie za to. Dziwiłem się w ogóle, że bliźniak się nie zorientował, ale to pewnie tylko kwestia czasu.
Dosłownie zrzuciłem z siebie w pośpiechu ciuchy i padłem na łóżko, usypiając po chwili jak niedźwiedź w zimowy sen.

Zdawało mi się, że ledwo zdążyłem przymknąć powieki, a już po całym pokoju rozległ się donośny dźwięk budzika. Ósma rano. Niech tego Josta licho porwie!
Chcąc nie chcąc zwlokłem się z tego łóżka. Kiedy byłem już na nogach musiałem przyznać, że jednak nie było tak źle, jak na początku myślałem że będzie. Da się wytrzymać.
Mimo to smętnym krokiem powlokłem się do pokoju Toma. Ten oczywiście spał. Przez chwilę walczyłem z myślami, bo z jednej strony dałbym mu pospać, a z drugiej… Niech męczy się razem ze mną. Razem raźniej.
Podszedłem cicho do jego łoża, by choć zachować resztki pozorów. Delikatnie położyłem się obok śpiącego brata i przybliżyłem usta do jego ucha.
-Tomi, skarbie… Czas wstać… -szepnąłem.
-Mhmm…
-Wstawaj, śpiochu.
-Mhmmmm…
-Zaraz zwalę cię z łóżka, zobaczysz.
-Ale ja śpię… -zdążył wymamrotać.
-Koniec tego dobrego.
Wziąłem głęboki oddech i zacząłem dwoić się i troić, by zwalić Toma z łóżka, tak jak mówiłem. Ale on ani drgnął. Kurwa… Pochodzę trochę na siłkę i kiedyś mi się uda, na pewno.
Wpadłem na pomysł. Zaśmiałem się szyderczo i ruszyłem do łazienki. Tego się braciszek nie będzie spodziewał. Wróciłem z wiadrem pełnym zimnej wody. Wziąłem zamach i…
-Co jest, kurwa?! –wrzasnął Tom, od razu się budząc.
-Ja to wiem, jak cię obudzić, co nie?
-Ja pierdolę, Bill, jestem cały mokry –wygrzebał się z pościeli. –I nie ryj się tak!
-Było wstać, kiedy cię budziłem –wytknąłem mu język. –Idę się szykować.
I pomaszerowałem do swojego pokoju, a Tom wywrócił tylko oczami.

Obaj uwinęliśmy się w miarę sprawnie i po niespełna godzinie byliśmy już w samochodzie.
Nie rozmawialiśmy po drodze o niczym konkretnym, w sumie zaczynaliśmy jakiś temat, po chwili przeskakując na kolejny.
Od rana dziwnie się czułem. Ale nie na chorobę, dziwnie, ale w trochę innym kierunku. Nie umiem tego wytłumaczyć.
-Tom, chciałbym z tobą o czymś porozmawiać.
-O wszystkim możesz mi powiedzieć, przecież wiesz.
-W szpitalu jest taka dziewczyna. Cloe. Dość młoda…
-A mówisz mi to, bo…? –Eh, wiedziałem, że to tak zabrzmi. Ale niech da mi najpierw skończyć.
-Ma ten sam problem, co ja, a w zasadzie to my kiedyś. Tylko, że ona nie umie sobie z tym poradzić. Jest agresywna. Lekarze nie umieją z nią współpracować. –Tom milczał, słuchał uważnie tego, co mówię. –Rozumiesz? Trzeba jej pomóc.
-Czekaj, co ty powiedziałeś? Pomóc? TY chcesz komuś z własnej woli POMÓC?
-Też w to nie wierzę… Muszę z nią kiedyś porozmawiać.
Nie odpowiedział. Jego twarz wyrażała obojętność, ciężko było cokolwiek po niej wywnioskować.
W studio czekał na nas Jost, chłopaków nie było nigdzie widać.
-Gdzie Gus i Geo? –spytałem.
Miałem wrażenie, że Tom o czymś intensywnie myśli. Był jakby nieobecny.
-Jeszcze nie dotarli. Jeśli nie dojadą w przeciągu pięciu minut, zaczniemy bez nich. –Odrzekł David.  
W tym właśnie momencie do studia wpadli Gustav z Georgiem.
-Hej, sory za spóźnienie, ale ktoś tu pomylił godziny spotkania –odezwał się pierwszy Gus, patrząc na przyjaciela.
-No co, każdemu się zdarza –obronił się Geo.
-Dobra, siadajcie, zacznijmy wreszcie –zabrał głos zniecierpliwiony już Jost, gestykulując nerwowo rękoma, co miał w zwyczaju robić.
Rozsiedliśmy się zgodnie z prośbą na kanapach, nie chcąc już bardziej denerwować menagera.
-Tu macie szkice projektów kostiumów na trasę. Odpowiadają każdemu?
Wyciągnął na stół kilka kartek.  
-Zajebiste –odezwał się wreszcie Tom.
-Świetnie. Nazwa każdemu odpowiada, tak?
Przytaknęliśmy.
Oni ustalali jeszcze kilka spraw, a ja przysłuchiwałem się tylko temu wszystkiemu beznamiętnie z podpartą o rękę głową.
-Bill, co jest? –widocznie zauważył Jost.
-Nic. Nie chcę robić tej trasy.
-Słucham? –spytał, jakby nie mogąc dowierzyć własnym uszom.

-Nie chcę robić tej trasy.



sobota, 27 czerwca 2015

16. Sąd ostateczny

Kilka kolejnych dni niczym szczególnym się od siebie nie różniło, poza tym, że jednego ranka dzwonił Jost z informacją, że chciałby powoli zacząć obgadywać trasę koncertową, która zbliżała się wielkimi krokami. Co prawda było jeszcze dość sporo czasu, bo dopiero co wydaliśmy płytę i manager chciał dać nam trochę odpocząć, bo w końcu odwaliliśmy kawał dobrej roboty, ale lepiej teraz na spokojnie, niż później robić wszystko na wariata. Powiedział, że da jeszcze znać, jeśli chodzi o dokładny dzień.

Nadszedł dzień sądu ostatecznego. Środa.
Sam już nie wiedziałem, z jakim nastawieniem do tego wszystkiego mam podchodzić, bo z jednej strony błagałem codziennie w myślach, by ten dzień nigdy nie nadszedł, a z drugiej chciałem mieć to już wszystko za sobą i więcej nie zakrzątać sobie niepotrzebnie głowy.
Już od rana cały byłem zestresowany. Brat skoro świt pojechał do Andreasa, gdyż ten już jakiś czas temu poprosił go o pomoc z samochodem, bo co jak co, ale Tom się na tym znał. Mówił, że wróci po południu. 
No tak, zabrał samochód i zmuszony byłem dzwonić po ochroniarza, by zawiózł i odebrał mnie z kliniki. Później miałem jeszcze w planach odwiedzenie fryzjera i ogarnięcie w końcu tego, co mam na głowie. Jestem takim typem osoby, że muszę się zmieniać. Nie potrafiłbym codziennie wstawać i każdego dnia widzieć w lustrze dokładnie to samo. Nie miałem jeszcze żadnej koncepcji, ale w końcu od czego jest Natalie? Umówiłem się z nią na miejscu.
Właśnie o tym myślałem idąc długim korytarzem w kierunku umówionego miejsca w klinice.
-Dzień dobry –powitała mnie kobieta pracująca w recepcji. –Nazwisko?
-Kaulitz –odpowiedziałem prawie szepcząc. Było trochę ludzi, a ja nie chciałem bez potrzeby się narażać.
-Dobrze, już sprawdzam. Proszę chwilę poczekać. –Odparła i zaczęła przeszukiwać jakieś dokumenty.
Ja w tym czasie rozejrzałem się po korytarzu.
Niedaleko, obok jakiegoś lekarza szła dziewczyna. Ta sama, z którą miałem ,,przyjemność’’ chwilę porozmawiać jakiś czas temu.

,,Wiesz, im bardziej będziesz starać się udowodnić, że masz rację, tym na bardziej obłąkanego wyjdziesz. A wiesz dlaczego? Bo jesteś wariatem.’’

Przypomniałem sobie te słowa, ale wczesniej jakoś się nad nimi dłużej nie zastanawiałem. Skąd ona może w ogóle wiedzieć, co czuję?
Dziewczyna mnie nie widziała. Jej pusty wzrok wlepiony był gdzieś w dal. Jednak pierwsze, co rzuciło mi się w oczy to jej dolna warga, jeszcze bardziej zmasakrowana, wręcz rozwalona. Łuk brwiowy był zasłonięty jakimś plastrem, którego wcześniej również nie miała. Nawet nie chciałem wiedzieć, co jej się stało. Biedna.
Recepcjonistka zwróciła się do mnie.
-Pokój 56, drugie piętro.
-Dziękuję. Jak nazywa się ta dziewczyna? –pokazałem na nieznajomą. –Ta, co tam idzie po schodach.
Kobieta wychyliła się udając zainteresowanie.
-Przykro mi, nie wolno udzielać mi informacji o pacjentach, jeśli nie jest pan z rodziny.
-Dobra. Dziękuję –rzuciłem chłodno i ruszyłem w kierunku pokoju.
Byłem już spóźniony, jak zwykle. Nic nowego.
Wparowałem do pomieszczenia już nawet nie pukając. Psycholożka siedziała przy swoim biurku i aż podskoczyła na krześle na huk zamykających się drzwi.
Zaczęło się od standardowych pytań –jak się czuję, co się u mnie działo przez ten czas.
Dowiedziała się już, że nie chodziłem przez jakiś czas na spotkania.
-Mogę się o coś pani spytać?
-Oczywiście, Bill. Jestem tu po to, by ci pomóc.
-Zna pani imię dziewczyny, która też często tu przychodzi? Włosy za ramiona koloru ciemny brąz, ciemne oczy, przeraźliwie blada cera, rozcięta warga i łuk brwiowy…
-Chodzi ci o Cloe? Tak, kiedyś spotykałam się z nią. Dużo przeżyła jak na szesnastolatkę, obecnie przebywa w izolatce.
Aż uniosłem brwi. Ciekawiła mnie ta dziewczyna, sam nie wiem czemu, ale i przerażała zarazem. W izolatce?
-Co takiego się stało?
-Ma podobny problem co ty, tylko może mniej poważny, jednak nie umie sobie z nim poradzić. Nękają ją koszmary o byłym chłopaku, który się nad nią znęcał i ponoć nawet nie jeden raz zgwałcił. Stąd te blizny i rozcięcia. Jednakże dziewczyna też jest bardzo agresywna. Kilkukrotnie zdarzało się, że było koniecznie podanie jej środków uspokajających. Jej rodzice nie żyją.
Szkoda mi jej było i mówi to ktoś, kto z reguły ma gdzieś innych. Naprawdę, szesnaście lat i takie przykre doświadczenia... Chciałem jej jakoś pomóc, ale za cholerę nie wiedziałem jak.  
-A jak tam twoje koszmary? –spytała, zmieniając równocześnie temat. Wyjęła jakiś zeszyt i zaczęła coś w nim pisać.
-Nie mam ich już –odparłem. –Ta zastępczyni mi pomogła.
-Tak? Co ci doradziła? –pytała, w dalszym ciągu nie odrywając wzroku od swoich notatek.
W tym momencie miałem ochotę uderzyć się w czoło. Chyba powiedziałem ciut za dużo. No ale co teraz, mam kłamać? Trudno. I tak kończę terapię.
-Poradziła, że mam zmierzyć się z tymi snami.
Kobieta natychmiast przestała pisać i uniosła wzrok.
-Bill, chyba nie chcesz mi powiedzieć, że przespałeś się ze swoim bratem?
Nie odpowiedziałem. Po prostu wlepiałem wzrok w podłogę, jakby było na niej coś niezwykle interesującego.
-Wiesz, jakie to może nieść ze sobą konsekwencje? –kontynuowała.
-Oczywiście, że wiem. Przecież zrobiłem to z własnej woli. Tom chciał mi pomóc i zgodził się zrobić to ze mną. –Odezwałem się wreszcie.
-To może zniszczyć waszą więź, wasze dotychczasowe relacje. Przecież jesteście rodziną. Braćmi, w dodatku bliźniakami. Robiliście to tylko raz?
-Nie –pokręciłem głową.
-Bill, powinniście oswoić się z tą sytuacją i dać sobie nawzajem czas. To w końcu ogromne poświęcenie i…
-A może ja to lubię? Może lubię pieprzyć się ze swoim bratem?! –uniosłem głos.
-Bill, uwierz mi. To nie ma sensu, ta ,,miłość’’ nie ma przyszłości.
-Wie pani, jakie to uczucie płonąć od środka? Ogień, który wypala po kolei wszystkie moje organy. Otóż ta miłość ma przyszłość, nich mi pani uwierzy, wiem co robię –wstałem z kanapy. –A, i chciałem jeszcze dodać, że dziękuję za terapię, bo uważam ją za zakończoną. Nie musi pani oddawać reszty wpłaconej na konto za trzy miesiące. Do widzenia –rzuciłem i po prostu wyszedłem za drzwi.
Ostatnia wizyta też się tak skończyła, no ale co. Już i tak tu nigdy nie wrócę.
Wypatrzyłem na parkingu samochód Sakiego i podążyłem w tamtą stronę. Zapukałem w szybę delikatnie.
-Już? –spytał ochroniarz. –To wsiadaj.
-Pamiętasz, co ustalaliśmy wcześniej?
-Tak, kierunek fryzjer.
-No, tak ma być.
Zgodnie z umową, ochroniarz zawiózł mnie pod najlepszy i zarazem najdroższy salon fryzjerski w okolicy, pod którym obiecała już czekać na mnie Natalie. I nie zawiodłem się na niej.
Dosłownie wyskoczyłem z auta i szybkim krokiem podążyłem w jej stronę.
-To co, gotów na zmianę? –spytała i uśmiechnęła się promiennie.
-Stresujesz mnie –zaśmiałem się. –Gotów.
-To idziemy.
Nie wiem, ile tam siedziałem i w sumie mało to było istotne, w końcu liczył się efekt końcowy.
Skończyło się na tym, że pozbyłem się dredloków. Fryzjerka podcięła mi włosy i wspólnie z Natalie wpadliśmy na pomysł by zobaczyć, jak będę wyglądał z czarnym irokezem. To był strzał w dziesiątkę, od razu mi się spodobało, zresztą nie tylko mi.
Po skończonej robocie nie mogłem przestać przeglądać się w lustrze. Trochę będzie zabawy z układaniem, kiedy będę chciał gdzieś wyjść, ale opłaca się. Bardzo byłem ciekaw, co Tom powie o tej zmianie. Specjalnie nic nie mówiłem, by zrobić mu niespodziankę.
-Serio, pasuje ci –podsumowała jeszcze raz Natalie.
-Nie powiem, kto mi pomógł wybierać.
-Oj tam. Ale cieszę się, że ci się podoba.
Pożegnaliśmy się i ruszyłem już sam w kierunku auta ochroniarza. Trochę musiało zejść w tym salonie…
-Dobrze ci z tym irokezem –stwierdził od razu Saki. –Bo to irokez, prawda?
-Tak, dzięki. Też mi się podoba.
-To co, do domu?

-Tak. Jak zaraz nie wypiję kawy, to się chyba okocę.





sobota, 20 czerwca 2015

15. Obawy

Cześć kochani,
Wracam z nowym odcinkiem po tej jakże długiej, dwutygodniowej przerwie. Przepraszam, że musieliście tyle czekać na ciąg dalszy, ale czasami sprawy tak się ukłądają, że na nic innego czasu nie ma, są rzeczy ważne i ważniejsze :)
Od tej pory nowe odcinki będą pojawiać się co piątek, póki co niestety tylko raz w tygodniu.
Przed Wami ciąg dalszy, miłego czytania:)
Rishi
PS: Zapraszam do oddania głosu w ankiecie po prawej stronie bloga.

♥♥♥♥♥  


-Psychiatra.
Zamurowało mnie. Po prostu zamarłem, nie umiałem wydobyć z siebie żadnego dźwięku, nie mówiąc już o słowach lub jakimś zdaniu.
Tom pstryknął mi palcami przed twarzą, początkowo nie zareagowałem.   
-Jak to psychiatra?
-Tak to.
-Co w ogóle chce to babsko? –spytałem, przewracając ze zniechęcenia oczami.
-Cicho –uciszył mnie, przykładając palec do ust. –Przecież jeszcze się nie rozłączyłem.
-To co robimy? –spytałem, tym razem o wiele ciszej.
-Masz, powiedz jej coś –rzucił i wepchnął mi na siłę słuchawkę do ręki. Spojrzałem na niego morderczym spojrzeniem, a Tom wzruszył ramionami, jakby to nie był jego problem. –Spław ją jakoś.
Ta, spławić. Łatwo powiedzieć.
-Halo? –odebrałem niepewnie. Miałem tylko nadzieję, że kobieta nie słyszała naszej krótkiej wymiany zdań.
-Bill? Jak się czujesz? –ze słuchawki wydobył się łagodny głos pani psychiatry. Tej, do której chodziłem zanim przeszła na urlop zdrowotny.
-Jak się czuję..? –powtórzyłem.  –Chyba dobrze- Tom patrzył ciągle na mnie. Słysząc moją odpowiedź, pokazał kciuk w górę. Odpowiedziałem tym samym gestem.
-To się cieszę. Ale nie w tej sprawie dzwonię. Chciałam cię poinformować, że od przyszłego tygodnia znów jestem w pracy i możemy kontynuować nasze spotkania. Jak się spisywała moja zastępczyni? Bo przydzielili ci kogoś, prawda?
Ups. Kompletnie zapomniałem o wizytach. Sam w sumie nie wiem, ile przepadło, ale kompletnie wyleciało mi to z pamięci. Ostatnimi czasy miałem dużo ważniejsze sprawy na głowie niż jakieś wizyty i gadanie o moich snach. Zaraz, zaraz… Snach? No właśnie, mam je jeszcze w ogóle? Jakoś sobie nie przypominam, bym budził się w nocy. Ciekawe tylko, od czego zależało to, czy je mam? Wydaje mi się, że odkąd zmieniły się nasze relacje z Tomem, przestałem się z nimi męczyć, ale głowy uciąć sobie nie dam.
Przerwałem swoje przemyślenia przypominając sobie, że jestem przecież jeszcze na linii z lekarzem.
-Tak, przydzielili. Wie pani, nie mogę zbytnio rozmawiać… -zacząłem szukać wzrokiem Toma, ale zniknął gdzieś poza mój zasięg widzenia.
-Rozumiem. Czyli widzimy się w środę.
-Tak.
-To do zobaczenia w środę, dobranoc, Bill.
-Zaraz, co?
Rozłączyła się.
-Kuuurwa –przekląłem swoją nieuwagę, odłożywszy telefon na swoje miejsce.
-Wszystko w porządku, Bill? –spytał Georg wychylając się zza kanapy, najwyraźniej to słysząc.
-Tak –zacząłem się ponownie rozglądać za bratem, ale nigdzie nie mogłem go wypatrzeć. –Gdzie Tom?
-Poszedł gdzieś. Mówił, że zaraz przyjdzie –odparł szatyn.
-Idę go poszukać –poinformowałem i ruszyłem w stronę schodów z zamiarem poszukania bliźniaka.
Miałem zamiar pierwsze co sprawdzić jego pokój. Im bliżej się do niego zbliżałem, tym bardziej wyraźne trzeszczenia podłogi można było usłyszeć. Wzdrygnąłem się, gdy do moich uszu dobiegł dźwięk tłuczonego szkła. Bardzo przypominało mi to sytuacje, kiedy demolował pół domu przed moją wizytą u psychiatry.
Stanąwszy przed drzwiami jego pokoju, bo miałem już pewność, że tam był, chwilę zastanowiłem się, czy na pewno chcę tam wchodzić. Mimo, że wiązało się to z ryzykiem dostania jakimś przedmiotem w twarz, nawet niechcący, postanowiłem wejść.
Uchyliłem drzwi i próbowałem zlokalizować, gdzie jest Tom, wystawiając tylko głowę.
I pożałowałem. Centralnie obok mnie, bo na drzwiach, którymi się zasłaniałem, niewiadomo skąd nadleciał i roztrzaskał się w drobny mak porcelanowy wazon. Resztka wody, która w nim została wylała się, a kwiaty spadły na podłogę. Dziękowałem w tym momencie Bogu za moją koordynację ruchową, bo gdybym się teraz szybko nie schował za drzwi, możliwe, że coś by mi się stało. Usłyszałem kroki w środku pomieszczenia.
Wystawiłem z powrotem głowę.
-Bill? –rozległ się głos bliźniaka. Był zaskoczony moją obecnością i, jakby to powiedzieć, wystraszony? –Ja… Nic ci nie jest?
-Nie –wyszedłem zza drzwi, podchodząc do stojącego na środku pokoju brata. –A tobie?   
-Wszystko w porządku.
-Nie, nie jest w porządku, z tego co widzę –wskazałem na rozbity wazon, a raczej jego pozostałości w postaci drobnych kawałeczków, chociaż wiem, że na pewno było tego więcej, przecież słyszałem już na korytarzu, że coś rozbija. –Co tu się stało?
Odwrócił głowę.
-Boję się. Po prostu się boję. –Powiedział po chwili, kierując swój wzrok na mnie, a konkretnie na moje oczy.
Nie musiał tego precyzować, zrozumiałem od razu. Nie chciał mnie stracić, ja jego też nie. Przytuliłem się do niego, głaszcząc bliźniaka po ciemnych włosach zaplecionych w warkoczyki.
-Ja też się boję, Tom, ale musimy być silni. Demolowanie pokoju nic nie da. Pojadę tam w środę na ostatnią wizytę i przerwę terapię.  
-Nie mogą mi cię odebrać. Nie mogą! –ścisnął mnie jeszcze bardziej.
-Nikogo nikomu nie odbiorą.
-Chciałbym też tak myśleć. –Odsunął się niespodziewanie. –Ale nie wszystko jest zawsze takie, jakie chcielibyśmy by było.
Nie odpowiedziałem. Chwilę staliśmy w ciszy rozglądając się po pokoju.
-Gus i Geo! –przypomniało mu się nagle.
Jeszcze przez moment patrzyliśmy się na siebie, jakby przetwarzając informację i rzuciliśmy się po chwili w stronę drzwi.
Zeszliśmy na dół.
Georg wraz z Gustavem rozmawiali o czymś, dopijali swoje piwa i zajadali się chipsami. Wydawałoby się, że nawet nie zauważyli naszej nieobecności, po prostu śmiali się w najlepsze.
-Hej! Nie obraziłbym się, gdybyś zostawił mi trochę chipsów! –krzyknął zza moich pleców z uśmiechem Tom i wyprzedził mnie w korytarzu.
Dopadł się do biednej paczki chipsów w rękach basisty i poczęstował się ich wielką garścią, po czym usiadł obok przyjaciela.
-No ej! –jęknął Georg widząc, że w paczce już nic nie zostało.
Dosiadłem się do wszystkich i wywróciłem tylko oczami, bo nawet nie chciało mi się tego komentować. Nalałem sobie jeszcze trochę piwa do szklanki.
-Powinieneś być mi wdzięczny –odezwał się po chwili Tom z pełną buzią i poklepał Georga po brzuchu. –Dbam o twoją formę.
Geo spiorunował Toma wzrokiem, a ten wzruszył ramionami.
-Gdzie was tak w ogóle wcięło? –zmienił temat Gustav, wychylając się tak, by wszystkich widzieć.
-My… rozmawialiśmy –odpowiedziałem, starając się jakoś wybrnąć z sytuacji.
-Trochę głośno –przyznał Gustav. Spojrzeliśmy na siebie z bratem. Jasne, że było to słychać piętro niżej, szczególnie, że pokój Toma znajdował się centralnie nad salonem, gdzie właśnie przebywaliśmy.  
Gus zaczął mi się uważnie przyglądać. Nie miałem zielonego pojęcia, o co może mu chodzić.
-Co się tak gapisz?
-Patrzę, jak mocno oberwałeś, ale nie widzę żadnych blizn ani siniaków…
-Pojebało cię?! Przecież się nie biliśmy –zmarszczyłem brwi.
-Dobra, załóżmy, że wam wierzymy –odezwał się Geo.
Chwilę później wszyscy się zaśmialiśmy. Kiedyś, jak byliśmy ciut młodsi, zdarzyła się raz czy dwa sytuacja, kiedy między mną i Tomem doszło do ostrzejszej wymiany zdań i jeden czy drugi oberwał. Jednak wyrośliśmy z tego, przynajmniej tak mi się wydaje. W ogóle to ciekawe, że podejrzenia Geo i Gusa poszły akurat w tę stronę.
Pogadaliśmy jeszcze jakiś czas, przyjaciele siedzieli u nas bodajże do pierwszej w nocy. Obydwaj byli tacy mądrzy, że nie pomyśleli nawet, jak dotrą do domu. I jeden, i drugi pił, więc trzeba było dzwonić po Sakiego, by odwiózł ich do domów. Bardzo możliwe, że ochroniarz już spał, ale w końcu była to jego praca.

Pożegnaliśmy się z chłopakami i wymęczeni tym dniem poszliśmy do mnie do łóżka. U Toma na podłodze dalej walało się gdzieś potłuczone szkło, więc woleliśmy nie ryzykować, posprząta się jutro. Oboje zasnęliśmy naprawdę bardzo szybko.




piątek, 5 czerwca 2015

14. I od początku

Od razu lepiej, pomyślałem, prostując się i odkładając rulon na bok. W foliowym woreczku było jeszcze trochę narkotyku. Przerażała mnie myśl, że jego zawartość niedługo się skończy, a pewne jest, że tak się prędzej czy później stanie, od tego nie da się uciec. Pytanie brzmi, na ile starczy mi to, co mam teraz? Będę musiał skołować sobie kolejną dawkę. Bałem się teraz o tym myśleć. Mamy razem z Tomem osobne konta do własnego użytku, do których mamy nawzajem dostęp, ale też jedno wspólne z oszczędnościami głównie przeznaczonymi na nasz apartament. Przecież jest niegłupi i domyśli się, że znów biorę, szczególnie, że raz już przez to przechodziliśmy. Póki co wierzy, że od jednej dawki nie zdążyłem się uzależnić, a ja nie chciałbym go znów rozczarować. Co prawda wziąłem na tej imprezie dwie dawki, ale ten szczegół również pominąłem. Widziałem w tym szpitalu, jak przepełnione smutkiem i rozgoryczeniem były jego oczy, gdy dowiedział się o tym, co zaszło.
 Narkotyki to drogie uzależnienie, jednakże stać mnie na to. Ale to nie o pieniądze tu chodzi.  
Wstałem od biurka i postanowiłem zajrzeć do brata. Miałem tylko nadzieję, że nic po mnie nie będzie widać.
Zastałem go paradującego w samych bokserkach, szukał czegoś w szafie, widocznie dopiero się przebierał.
-No, no, no –zagwizdałem. Skrzyżowałem ręce na piersiach i oparłem się o framugę drzwi.
Bliźniak, słysząc mój głos, odwrócił się w moją stronę i poruszył zachęcająco biodrami. Uniosłem jedną brew nie wiedząc, czy to jakaś sugestia. –Która w ogóle godzina?
-Po czternastej. Robimy jakieś śniadanie, czy od razu obiad?
-O tej godzinie nie ma sensu bawić się już w śniadanie. Zróbmy od razu jakiś obiad.
-Racja –zgodził się, zakładając koszulkę i po chwili również spodnie. –W ogóle to dzwonił Geo, wpadną wieczorem razem z Gusem.
Z Gusem? Boję się mu spojrzeć w oczy. Chyba będę musiał go przeprosić za tamto zajście na imprezie. Dziwię się w ogóle, że ma mnie jeszcze ochotę widzieć. A może to Georg go namówił, by pojechał razem z nim?
-Bill? Co tak zastygłeś? Coś nie tak?
-Nie, wszystko okej. To schodzimy na dół robić coś do jedzenia?
-Tak, chodźmy. Kiszki mi już marsza grają i chce mi się kawy.
Zeszliśmy razem po schodach na dół, trzymając się cały czas za ręce. Zachowywaliśmy się jak para, która poznała się wczorajszego dnia, a my znaliśmy się już 20 lat. Znaliśmy się na pamięć przez cały ten czas, dosłownie, praktycznie na wylot. Na wylot znaliśmy się, ale od braterskiej strony. Teraz nasze relacje ciężko dłużej takimi nazwać, bądźmy szczerzy.
Czułem, że odnalazłem sens tej długiej, szarej, do tej pory monotonnej drogi zwanej życiem. Miałem dla kogo walczyć. Miałem dla kogo żyć. 
-Idę zobaczyć, co słychać w lodówce. Zawołam cię, kiedy będę potrzebował pomocy. –Oznajmiłem i pocałowałem brata w policzek.
W kuchni nie byłem jakimś mistrzem. Jeszcze do niedawna moje możliwości manualne w dziedzinie gotowania ograniczały się do zrobienia sobie płatków i podgrzania wody. Nawet jajecznicę potrafiłem spalić. Swego czasu głównie jedliśmy na mieście lub częstowano nas czymś w studiu, zamawialiśmy coś do domu, pałaszowaliśmy gotowe jedzenie z paczek z supermarketów, co było oczywiście niezbyt zdrowe, ale kto by się tym wtedy przejmował? Przejście na wegetarianizm zmusiło nas do rezygnacji z potraw mięsnych, a także rzeczy zawierających chociażby żelatynę, co oznaczało koniec żelków, chyba, że te z wytłuszczonymi napisami na paczkach informujących, że niniejszy produkt jest odpowiedni dla takich ludzi jak my.
Z pomocą przyszła nam Natalie, nasza makijażystka. Kosztowało to ją wiele nerwów i cierpliwości, ale zarówno Tom, jak i ja nie spalamy już jajecznicy. Co więcej, umiemy już zrobić sobie obiad. Może nie jakiś super wypasiony, ale w każdym bądź razie da się go zjeść.
Na dobrą sprawę to nie wiem nawet, dlaczego to ja robię ten obiad. Jeszcze kilka dni temu wygoniłbym Toma do kuchni i zrobił awanturę o to, że w ogóle mi nie pomaga, a jemy przecież we dwóch. Zaledwie kilka dni, a tak wiele rzeczy uległo zmianie, kto by pomyślał.
Otworzywszy lodówkę, szybko przeleciałem wzrokiem po półkach i już miałem wizję posiłku. Zabrałem się więc za obieranie ziemniaków przy blacie kuchennym.
Coś, a raczej ktoś nagle przyległ do moich pleców, oplatając mnie rękoma w pasie i złożył pocałunek na moim karku. Nie miałbym do tego nic, wręcz przeciwnie, ale, do jasnej cholery, nie z zaskoczenia. Aż podskoczyłem zdezorientowany, wydając z siebie wysoki pisk.  
-Kurwa mać, Tom, nie strasz tak człowieka, kiedyś dostanę przez ciebie zawału.
-Przyszedłem wstawić sobie wodę na kawę –poinformował. No tak, mówił przecież, że chciało mu się kawy, a ja zdążyłem już o tym nawet zapomnieć. –No i przy okazji zobaczyć, jak ci idzie.
-Idzie mi całkiem dobrze –odwróciłem się trochę w jego stronę z obieraczką w ręce.
-Na pewno? Może mogę ci jakoś pomóc? –z tymi słowami, chwycił moją rękę, w której trzymałem obieraczkę i obrał ziemniaka ze skórki poruszając moją dłonią. Ciągle przylegał do moich pleców i mogłem czuć, jak delikatnie napiera na moje pośladki. Odgarnął mi kilka farbowanych kosmyków z twarzy.
-Zrób mi też tę kawę –poprosiłem.
Odkleił się ode mnie i poszedł w kierunku czajnika, głaszcząc mnie po drodze po biodrze.
Zdążył mnie już nakręcić na powtórkę z rozrywki z wczorajszego wieczoru.
Tym razem to ja do niego podszedłem i złapałem Toma przez jeansowy materiał za pośladek. Odwrócił się do mnie przodem i poruszył jednoznacznie brwiami.
-Strasznie ciasnawe te spodnie... –skomentował, kierując wzrok na swoje krocze.
-Moje też jakieś takie trochę przyciasne.
-Och, to mamy problem. A w zasadzie, to dwa problemy.
-Co cię tak tam w nich pali, że tak ci ciasno?
-Sam sprawdź –rzucił prowokująco, oblizując subtelnie wargi. Rzuciłem się natychmiast do rozporka Toma i zacząłem go odpinać, klęcząc przed nim na kolanach. –O, tak, to tam… Dobrze szukasz… -pogłaskał mnie po głowie, kiedy dosłownie kilka centymetrów przed moją twarzą ukazał się stojący już na baczność członek brata w pełnej okazałości.
-Och, biedny Tom… Co z tym fantem zrobić? –powiedziałem jakby ze współczuciem, po czym przejechałem końcówką języka po rozpalonej główce jego domagającego się uwagi przyjaciela. Jęki w jego wykonaniu były niezwykle seksowne. Opierał się cały czas o blat kuchenny, ale po mojej pieszczocie musiał złapać się za niego mocniej by nie upaść. Spojrzałem do góry, na brata. On zaś z kolei odchylił głowę do tyłu i poddał się przyjemności.
Pierwszy raz robiłem komukolwiek loda i wątpię, że kiedykolwiek innemu niż Tomowi będę w stanie to zrobić. Wiedziałem mniej więcej jak to się robi, ale wiadomo, patrzeć z góry na kogoś zupełnie obcego, a robić komuś z najprawdziwszego uczucia to nie to samo.
Polizałem jego główkę po raz kolejny, tym razem dużo pewniej, zasysając się na końcu. Poczuł chłód metalowej kuleczki w moim języku, przynajmniej tak mi się wydaje po jego reakcji. Wypiął mocno biodra do przodu tak, że teraz prawie cała jego męskość zniknęła w moich ustach. Brat pogłaskał mnie chwilę po głowie, po czym wplątał w moje włosy swoje palce i zaczął poruszać moją głową tak, by nadać odpowiednie dla siebie tempo. Zatapiałem jego penisa w swoich ustach prawie po same jądra. Coraz pewniej czułem się w tym, co właśnie robiłem, ale na jego słowa otworzyły mi się szerzej oczy.
-Ja… zaraz… do-dojdę –wyjęczał.
Kurwa, i co teraz? Jak mam się zachować? Połykać, nie połykać?
Stwierdziłem, że najbezpieczniej będzie po prostu wyjąć jego penisa z buzi. W końcu nie od razu Rzym zbudowano, prawda?
Jako, że nie byłem jakiś super doświadczony w tych sprawach, nie do końca przewidziałem swój ruch. Tak, jak postanowiłem, wyciągnąłem z ust męskość brata, kiedy jego sperma wystrzeliła mi prosto w… oko.
Tom, widząc to, chwilę powstrzymywał uśmiech, ale po chwili parsknął donośnym śmiechem. Klepnąłem go za to w tyłek.
-Co się ryjesz? –spytałem, próbując jakimś cudem wydobyć nasienie z oka.
-Chodź, wynagrodzę ci to.
Usiadł obok mnie na podłodze. Zbliżył się jeszcze bardziej i włożył rękę w spodnie. Chwilę masował mi członka przez bokserki, wiedział, że to lubiłem i to na mnie działa jak cholera. Oparłem się plecami o szafkę, którą za sobą miałem. Ten to wiedział, jak przyspieszyć mi bicie serca. Dorwał się już do mojego członka i pomógł mi dojść.
-Bill? –odezwał się. –Czujesz to?
Nie wiedziałem na początku, o co mu chodzi. Ale po chwili poczułem, jak w powietrzu unosi się zapach spalenizny.
-Kurwa! Nasz obiad!      


Czekaliśmy właśnie na chłopaków.
Nie mogłem usiedzieć w miejscu. Ciągle chodziłem w tę i z powrotem, irytując w ten sposób oglądającego telewizję brata bliźniaka, oczywiście nie celowo. Taki tik nerwowy. Jedni obgryzają paznokcie, drudzy chodzą po pokoju bez przerwy.
-Posadź gdzieś w końcu tę dupę –wyrwało mu się. –Właśnie, Bill –spoważniał. –Geo i Gus nie mogą się dowiedzieć. No wiesz, o nas. Przynajmniej nie teraz.
Zatrzymałem się na chwilę i spojrzawszy na niego, westchnąłem.
-Wiem –odparłem. –Jak sądzisz, jak by zareagowali?
-Nie wiem, czy chcę wiedzieć.
-Kiedyś trzeba im będzie powiedzieć. Przecież nie damy rady ukrywać tego w nieskończoność.     
Westchnął.
Georg był homofobem i jakoś specjalnie się z tym nie krył. A my, niedość, że byliśmy mężczyznami, to na dodatek jeszcze braćmi. Gustav tolerował związki osób tej samej płci, ale zastanowiłbym się, czy wiadomość, że żyję w kazirodczym związku z moim bratem bliźniakiem ucieszyłaby go. Bo przecież jesteśmy w związku, prawda?
Ogólnie to rzadko kogokolwiek przepraszałem, oprócz Toma rzecz jasna. Nie wiem co się stało, ale teraz czułem gdzieś w środku, że powinienem to zrobić, mimo że nie używałem takich słów wobec nikogo innego. Nie mam w ogóle pojęcia, skąd we mnie ta nagła zmiana. Gus i Geo akceptowali do tej pory mój narcyzm i mimo wszystko byliśmy przyjaciółmi.
Nie wiem jak, ale coś nagle mi się przypomniało, tak z nikąd.
-Tom? –spytałem niepewnie.
-Tak?
-Gdzie byłeś wtedy, zanim trafiłem do szpitala?
Zaniepokoiło mnie to, co w tym momencie zrobił. Spuścił na chwilę głowę, po czym spojrzał mi prosto w oczy.  
Rozległo się donośne pukanie.
Niech to szlag! Potem go jeszcze o to pomęczę.
Patrzyliśmy na siebie chwilę wyczekująco.
-No idź otwórz –ponagliłem brata. Ja nie chciałem pierwszy stawać twarzą w twarz z Gusem. Wywalił oczami i pomaszerował jak za karę w kierunku drzwi.  
Ja w tym czasie poszedłem do kuchni udając, że czegoś tam szukam, ale po chwili wróciłem słysząc głosy chłopaków.
Raz kozie śmierć, raz kozie śmierć, powtarzałem w myślach, idąc korytarzem. Tak właściwie, to co mogło się stać? Najwyżej mi nie wybaczy i tyle.  
-Bill! –krzyknęli prawie że równocześnie Geo razem z Gusem.
Tak, Gustav widocznie też cieszył się z powodu mojego towarzystwa.
-Skoro już tu jest, to chodź, Geo, pójdziemy po jakieś browary –rzucił Tom i zerwał się z kanapy. Szatyn pomaszerował za nim prosto do kuchni. Pomyślałem, że będzie to idealna okazja do szczerej rozmowy z przyjacielem.
-Hej –przysiadłem się obok.
-Hej –odpowiedział.
-Chciałem cię przeprosić –otworzył na te słowa szerzej oczy i poprawił okulary na nosie. –Czuję, że powinienem. Możesz mnie znienawidzić, zrozumiem to.
-Ale ja nie jestem na ciebie zły.
-Nie jesteś? Olałem cię i obietnicę, którą wam złożyłem.
-Dobra, byłem. Ale nie za to, że wziąłeś, co było niemądre z twojej strony, bo wiesz, jak mogło się to skończyć. Byłem zły za to, że złamałeś dane słowo. Obiecałeś, że więcej nie weźmiesz.
-No wiem, wiem. Byłem pijany, nie myślałem trzeźwo. –Nie wiem w sumie, dlaczego zasłaniałem się pijaństwem, bo to tylko i wyłącznie moja wina, że doprowadziłem się wtedy do takiego stanu.
-Ale w każdym bądź razie cieszę się, że nie zdążyłeś się znów uzależnić od tej jednej dawki. Boję się pomyśleć, co by było gdy…
-Kto ma ochotę na piwo? –przerwał nam rozmowę Geo, wracając z kuchni razem z Tomem. Mieli po dwie butelki piwa w rękach.
Gustav też był przekonany, że koka nie chwyciła mnie drugi raz. Jezu. Znienawidziłem to uczucie, kiedy w głębi duszy wiem, że prawda jest inna, ale nie powiem jej, bo szkoda mi rozczarowywać drugą osobę. Teraz przydałby się ten dawny Bill –nie ten, który zmienił się, szalejąc z miłości do swojego brata, ale ten skurwysyn, którego nie obchodzą uczucia innych. Na pewno byłoby mi teraz dużo łatwiej.  
-A lej! –uśmiechnął się Gus.
Ledwo co rozsiedli się na kanapie, zadzwonił telefon.
-No co za –Tom wywrócił już drugi raz dziś oczami, był zmuszony wstać i odebrać. My w tym czasie zaczęliśmy już pić. –Nawet napić się nie dadzą, co za ludzie.
Pomaszerował w kierunku miejsca, gdzie znajdował się nasz telefon stacjonarny i zaczął rozmowę.
-Dobry wieczór. Tak, to ja, a kto mówi? Kto, może pani powtórzyć? Aha. Słucham..? Poczeka pani chwilę?  
Spojrzałem do tyłu, na niego. Miał minę, jakby zobaczył trupa, poważnie. Przykrył dłonią słuchawkę i gestem głowy pokazał, że mam do niego przyjść.
-Zaraz wracam –rzuciłem do chłopaków i poszedłem do Toma. –Co się stało? Dlaczego masz taką minę? Kto to w ogóle był?
Tom milczał. Patrzył na mnie takim zagubionym spojrzeniem, jak chyba nigdy dotąd. Pierwszy raz w życiu widziałem go w takim stanie po czyimś telefonie.

-Psychiatra.